Po dwóch dniach przyjeżdża Gerta. Wiadomości, niestety, potwierdzają się. Znów masowe wysiedlenie. Placówki przestały wychodzić na robotę, opowiadają, że rzucano pociski na Niemców, że kilka domów spalono.

Robię sobie wyrzuty, oskarżam się, że podczas mojego pięciomiesięcznego pobytu po aryjskiej stronie nic dla rodziców nie zrobiłam i dałam im zginąć.

— Zastanów się — mówi Jurek — cóż mogłaś zdziałać, przecież cały czas myślałaś o nich, a sama czy jesteś dobrze urządzona? Czy jesteś w bezpiecznym miejscu? Wiesz, jak wszystko tu stoi na kurzych łapkach.

— Ale żyjemy — upieram się — dziś żyjemy. Jeżeli teraz przetrwamy, muszę ich ściągnąć i już się z nimi nigdy nie rozłączę.

— Jeżeli przetrwają — mówi nieopatrznie Ala, widząc moją rozpacz — napiszesz, aby tu przyjechali. Co będzie, to będzie. Wiem, że żyć bez najdroższych to tak, jakby wcale nie żyć.

Ach, Alu, jakaś ty dobra!

Czekamy teraz z niecierpliwością na przyjazd Gerty, która ma się dowiedzieć o nich w getcie i przesłać im tragicznie brzmiące listy, zaczynające się od słów: „Jeżeli Opatrzność pozwoli, aby pismo to doszło do waszych najdroższych rąk...”.

Po kilku dniach przyjeżdża. Widzę ją z daleka i wybiegam na spotkanie. Gerta rzuciła: Wszystko w porządku. Wszyscy wasi żyją. Ojciec, matka, wujek, teściowa, Zosia i Benio.

Nieprzytomna ze szczęścia wpadam do pokoju, gdzie przy akompaniamencie moich nieartykułowanych dźwięków wykonuję dziki taniec, który ma wyrazić największą radość, a może być śmiało przyjęty za atak furii.

Wywieziono z getta znów kilka tysięcy ludzi, na razie spokój i placówki wychodzą do pracy.