Znów do getta? Może już lepiej kryć się w bunkrach? Ludzie składają się na budowę wielkich schronów. Ale jak okropnie jest myśleć o powrocie do piekła. Obie mają wyrzuty sumienia, że swoim przyjazdem zepsuły nam locum. Jak lekkomyślne były listy pisane do rodziców o przygotowanym dla nich schronieniu! Moi biedni staruszkowie, nie mam już ani dla was, ani dla siebie kąta!
Na razie zostajemy na Sławku z tej prostej przyczyny, że nie mamy dokąd jechać. Cybulski przynosi z gminy coraz gorsze wiadomości, plotki rozchodzą się z niebywałą szybkością. Ala dostaje formalne ostrzeżenie z organizacji za przetrzymywanie Żydów. Siedzimy jak na minie, która w każdej chwili może wybuchnąć.
Wybieram się znów do Warszawy, aby coś wynaleźć, choć nie mam na to żadnych nadziei. W przeddzień mego wyjazdu przyjeżdża Olszewski. Zupełnie nie jesteśmy w nastroju do bimbru i muzyki. Teściową i chorą Zosię transportujemy do niszy Frani, ponieważ Bolutek ma zwyczaj latania po całym domu. Staramy się robić dobrą minę dla niepoznaki. Bolek jest w poważnym i jakby uroczystym nastroju. W pewnej chwili oświadcza mi, że mówią w gminie o różnych rzeczach i jeżeli jesteśmy w to wmieszani (słowo „Żyd” jest zbyt straszne, nie zostaje naturalnie wymówione), powinniśmy się mieć na baczności. On ze swej strony będzie w miarę możliwości donosił nam o tym, co mówią na posterunku policji granatowej.
— Jeżeli nie macie dokąd jechać, mogę was na razie umieścić na wsi u wuja. Jurek to mój stary przyjaciel, chce odpocząć. Albo że oficer, a takich chętnie się przetrzyma. Będę wam pomagał...
Jestem wzruszona, bąkam coś pod nosem, nie wiedząc, jaką dać mu odpowiedź.
Tego samego dnia wieczorem dostaję ataku ślepej kiszki. Najbliższy lekarz mieszka w odległości 10 km. Nocą jechać po niego niebezpiecznie. Męczę się okrutnie, nie pomagają żadne domowe środki. Bez przerwy mam torsje. Płaczę z bólu i rozpaczy, że przez kilka przynajmniej dni będę przykuta do łóżka, nie będę mogła jechać do Warszawy, a czas teraz jest nam drogi. Nazajutrz torsje ustały, za to przy najmniejszym ruchu bok boli niemiłosiernie. Stasiek z Alą jadą po ciężkiej błotnistej drodze do Miedz po doktora.
Jurek majstruje coś w tajemnicy w stodole. W pewnej chwili ktoś puka do wejścia frontowego, które obecnie, ze względu na pobyt Zosi i teściowej, jest stale zamknięte. Obie uciekają do niszy przy schodach.
Powoli złażę z łóżka i patrzę przez szparę. Nogi uginają się pode mną. Nie, ja śnię chyba. Otwieram drzwi, moi rodzice! Płaczę i śmieję się na przemian. Ojciec wygląda na pierwszy rzut oka dobrze, ma twarz okrągłą, pełną, mamusia maleńka, drobna, siwiutka jak gołąb, o twarzy zmarszczonej jak pieczone jabłko, ma wygląd nie 60-letniej kobiety, ale 80-letniej staruszki. Ściągają ze siebie ubranie, nałożone jedno na drugim. Grzeją się przy piecu.
Dobry wygląd ojca jest, niestety, opuchlizną spowodowaną głodem, ciężką fizyczną pracą i chorobą serca. Kładę go na tapczanie, całuję, rozcieram zziębnięte ręce. Teściowa, Zosia i Jurek są tak dalece przerażeni ich przybyciem, że nie mogą się zdobyć na życzliwe przywitanie. Ból w boku nieznośnie mi dokucza, mimo to krzątam się koło nich. Frania grzeje kawę. Tyle pytań, tyle słów ciśnie się na usta — ale wpierw niech odpoczną.
Przyjeżdża Ala. Lekarz pojechał w teren na lustrację tyfusowych i nieprędko wróci. Za to Ala wystarała się dla mnie o zastrzyk pantoponu, który natychmiast prawie przynosi mi ulgę. Na widok moich rodziców okazuje serdeczność, wprost tkliwość. Nigdy w życiu nie zapomnę jej tego. Jest jak zwykle gościnna. Krząta się koło nich, nalewa kawę.