— Do znajomej w Warszawie, ale jej już nie znalazłam — odpowiada Zosia.

— Kłamiesz, kłamiesz! — wścieka się chłopisko wymachując rękoma przed nią.

W końcu Ala wyprowadza go na konferencję. Po kilku godzinach wszyscy policjanci są obrobieni i godzą się na okup pieniężny. Oddaję połowę naszych zapasów pieniężnych i policja opuszcza nas, a uczestnicy zebrania również rozjeżdżają się.

Zostajemy sami. Ala przyprowadza Jurka, którego ukryła w jakimś chlewku.

Patrzymy długo, milcząco na siebie. Zosia dostaje silnego krwotoku i leży na wpół przytomna. Teściowa spazmuje. Gerta siedzi jak posąg kamienny z Erykiem na kolanach. Ala i ja biegamy od teściowej do Zosi, nie wiedząc, jak im pomóc. Jurek i Cybulski, zupełnie wytrąceni z równowagi, palą papierosy jeden za drugim. Frania w kuchni zalewa się łzami i oświadcza, rzucając mi się na szyję, że wszystko wie i nas nie opuści aż do śmierci (tak się też stało), że członkowie partii to świnie, bo wcale nie reagowali na naszą krzywdę i że ona wypisze się z tej organizacji. Uspokoiwszy się nieco, teściowa i Zosia opowiadają o strasznej akcji styczniowej.

„Uratowałyśmy się, siedząc w schronie. Była tam murowana nisza, do której wchodziło się przez otwór zamaskowany zlewem. Zabrano bardzo znaczną ilość ludzi z szopów, domów i placówek. Z opustoszałych mieszkań wywożono rzeczy. Trwało to kilka dni. Niemcy, do których strzelano z okien i których obrzucano pociskami, z bezwzględnym okrucieństwem męczyli ludzi i tak już skazanych na śmierć. Gdy kilka domów stanęło w płomieniach, sądziłyśmy, że nie ma ratunku, ale potem uspokoiło się. Postanowiłyśmy uciec stamtąd, ponieważ nie ma sensu zostawać na miejscu, gdzie zewsząd czeka nas zagłada. Boimy się nowego wysiedlenia i tak życie jest tam straszne. Nie można zupełnie poruszać się po ulicach, po których Niemcy bez uprzedzenia strzelają. Jest na przykład taki młody hitlerowski bandyta, który „kursuje” od 5 do 7 wieczorem, mierząc przeważnie do kobiet. Wyloty ulic są najczęściej obstawione, tak że chcąc dostać się z jednej ulicy na drugą, czasem nawet z jednego domu do drugiego, trzeba wędrować przez dachy, piwnice, skakać przez mury. Przez ulice mogą chodzić jedynie oficjalnie grupy pracujących. Każdy list doręczony przez rodziców, każda paczka odzieży, którą od nich otrzymałam, to narażenie życia, to ciężka i niebezpieczna wyprawa”.

Kiedy w końcu zdecydowały się opuścić getto, porozumiały się ze znajomym kierownikiem placówki — Żydem. Była to grupa robotników pracujących na dworcu. Czekano kilka dni na łagodną wachę i w końcu udało się kierownikowi przetranslokować je na stronę aryjską. Łagodna wacha porządnie obiła teściową, poddając w wątpliwość, czy będzie w stanie pracować na dworcu ze względu na wiek. Potem obszukali „szmugiel” pracowników, którzy wywozili ubrania z getta, zamieniając je na żywność u Polaków i opustoszyli im plecaki. Przez trzy dni starały się one jakoś ulokować w Warszawie. W końcu zdecydowały się, że w mieście żyć nie sposób i przyjechały na Sławek.

Późno kładziemy się spać.

— Będziemy musieli stąd wyjechać — mówi Jurek. — Dwudziestu członków organizacji wie, że tu byli Żydzi. Każdy z nich opowie o tym swej żonie, ta z kolei matce czy też przyjaciółce, rozejdzie się wieść po okolicy, sensacja. Policja ze swej strony też podejmie kroki, ponieważ będzie chciała być kryta przed żandarmerią. Puścili Żydówki przy świadkach! Pozycja Cybulskiego i Ali też mocno ucierpiała. I tak skończyło się szczęście sławkowskie, mały domek nie będzie schronieniem dla bezdomnych, gnanych i prześladowanych ludzi, jego ściany nie będą już nas odgradzać od wrogów, złe oczy nas wytropiły...

Nazajutrz Gerta wyjeżdża z Erykiem. Umieści go na razie u Fiutkowskiego, a potem będzie się starać o jakieś miejsce. Proszę ją, aby i dla nas coś przyszykowała, przyrzeka, ale ja z góry wiem, że sama jest bezradna i nic nie załatwi. Zosia jest chora i tak słaba, że nie może być mowy o jej wyjeździe.