— Nie wiem, zresztą może tak nie jest, trzeba by panią przesłać na śledztwo, bo jako tu zameldowaną nie mamy prawa pani rozstrzelać. Trzeba będzie wszcząć dochodzenie.
Jeden z bohaterów, który przeszukiwał tymczasem z wielką gorliwością torebkę Zosi, znalazł w niej list.
O, o, o! Czyta go na głos. Serce przestaje mi bić. To list moich rodziców, pisany do mnie...
W tym pokoju, pełnym wrogów, w tragicznej chwili „sądu” i mającej się odbyć „kary” słowa rodziców brzmią jak słowa pożegnania. Czemuż jednak słowa, drogimi rękoma pisane, myśli i życzenia najukochańszych, odczytywane są przez przeklęte, nikczemne usta?
„Najdroższe nasze dziecko! Odgrodzone od nas wielkimi murami i daleką niebezpieczną drogą, a tak nam bliskie, tęsknimy za tobą w dzień i w nocy. Myślimy o tobie i modlimy się, abyś choć ty przetrwała. Nasza mała córeczko, każda twoja sukienka, każda twoja drobnostka to nasz talizman. W najcięższe dni i najtragiczniejsze noce, w ciężkie godziny męki w schronach, gdzie człowiek czuje się jak żywcem pogrzebany, radujemy się, że ty nie przeżywasz tego. Piszesz o swoim do nas przywiązaniu, o twojej ku nam miłości, ach, błogosławione twoje listy. Tu u nas jesteśmy zdani na samych siebie, nie ma tu przyjaźni, ludzie są przestraszeni i w męce, w tej gorączce przed śmiercią stają się sobie wilkami. Dziecko drogie, prosisz nas o przyjazd, ale czy to wam nie zaszkodzi? Czy ta prośba jest podyktowana rozumem czy tylko sercem?”...
Nie mogę zapanować nad sobą. Łzy płyną mi po twarzy. Kilku siedzących obok panów wyjmuje chusteczki i podejrzanie wyciera nosy.
Policjant czyta, czyta słowa o miłości i o konaniu, czyta o zbrodni, niesprawiedliwości i grozie, czyta o sercach niewinnych i dobrych, przepełnionych miłością, czyta:
„Nie myśl o nas, myśl o sobie, twoje szczęście jest i naszym szczęściem, innego nie mamy. Twoje życie jest naszym życiem”...
Drab kończy czytanie listu, który nie wywarł na nim żadnego wrażenia.
— Do kogo ten list, do kogo?