Byłam jej za to bardzo wdzięczna. Warszawa, miasto, gdzie się wychowali, gdzie przeżyli kilkadziesiąt lat, zrobiła na nich oszałamiające wrażenie. Ulice pozamiatane, ludzie poubierani, ruch-życie-wystawy. Na schodach porządek. Dozorcy zamiatają podwórza. Tak, teraz jeszcze bardziej widać, że tam w getcie agonia.
Do pociągu jeszcze czas. Na dworcu bez dokumentów niebezpiecznie siedzieć, lepiej już chodzić po mieście. Dwoje zagnanych, samotnych ludzi błąka się po swym mieście, wśród swoich gruzów, wśród swoich rodaków. Opuszczeni, bezdomni, bez praw, skazani na śmierć. W szybach wystawowych odbijają się ich pochylone, dziwne postacie, a powieki zakrywają oczy, aby nikt w nich nie dostrzegł kryjącej się zgrozy, aby nikt w nich nie zobaczył tragedii getta, która jakby sfotografowana, zastygła w ich źrenicach.
Jadą pociągiem. Ktoś pomógł mamie wejść do wagonu i ustąpił jej miejsca. Jakże nieprzyzwyczajeni są do grzeczności, jakżeż odwykli od pomocy nawet w drobnostkach.
Deszcz.
Ojciec kieruje się według mapki, drogami okrężnymi na Sławek, aby nie zwrócić niczyjej uwagi. Idą pustymi drogami, polami, zmęczone nogi grzęzną po kostki w błocie. Ach, jakże są zmęczeni, ale idą do córki, tam jest dla nich miejsce, tam czeka na nich serce kochające, a to jest jedyna prawdziwa wartość na świecie.
*
Pewnego dnia znów przynosi Cybulski jedną z „ostrzegających” wiadomości. Opowiadamy rodzicom o ostatnich wypadkach.
— Wrócimy — mówią rodzice.
— Nie, nie.
Postanawiamy, że rodzice pojadą do Warszawy. Tam wyrobią sobie dokumenty. Zosia da im adres miejsca, gdzie można się zatrzymać na kilka dni, a potem pojadą w góry pod Kraków. Jest taka wieś Dobre, do której przyjeżdżają często letnicy. W Krakowie i okolicy jest podobno „mania żydowska”, a to ze względu na mniejszą ilość Żydów. W 1940–1942 nastąpiło wysiedlenie Żydów z Krakowa.