Wobec tego, że rodzice mają wygląd i obejście „dobre”, to znaczy, że nie przypominają Żydów, więc pojadą na wieś, ojciec poda się za urzędnika, który przyjechał na odpoczynek po chorobie. W krakowskim życie jest stosunkowo tanie, tak że starczy im na pewien czas, a potem zobaczymy, może wojna się skończy, może Czerwona Armia przyjdzie.

Plan jest niby dobry, ale puścić ich samych w obcy świat? Przejmuje mnie to zgrozą. Namyślamy się.

— Jedźcie — zachęca Jurek — może i my tam będziemy mogli przyjechać.

— A może — zastanawia się ojciec — wrócić do getta i złożyć się na budowę bunkra? Jeżeli znów nastąpi wysiedlenie, czyż nie lepiej zginąć z bronią w ręku, zginąć w wojnie? Przebąkują o obronie na wypadek wysiedlenia.

Patrzę na nich — wymęczonych i myślę: „jak tacy ludzie mogliby walczyć?”

Nie, nie, nie chcę, aby cały wysiłek wyrwania się stamtąd poszedł na marne. Sama myśl powrotu do piekła przejmuje mnie zgrozą.

— Jedźcie do Dobrego. Wieś Dobre — nomen-omen.

Całą ostatnią noc płaczę. Może jechać z nimi, jakże strasznie będzie mi ich znów stracić.

— Ty im nic nie pomożesz, możesz najwyżej pogorszyć ich sytuację — perswadują mi — a zresztą masz Jurka, czy możesz go samego zostawić?

Wiem, że moja energia, moja miłość zawsze może im się przydać. Ale ja przecież Jurka też kocham i nie mogę go opuścić.