Wyszli na obszerną polanę leśną. Pośród rowów i rozpadlin sterczało tam kilka starych wieżyc. Krzewy porastały mury, wieńczyły je, jak wieńczy splot pączków różanych skroń starca. Otwierały się tutaj horyzonty na bezmiar wieków i widziałeś prastare dzieje skrysztalone334 w znikome chwile, spoglądając na szare kamienie pokryte szczerbami niby strzałkami piorunowymi. Sterczały dumne i groźne niby stare postaci wojowników.
Podobnie ukazują nam się na szafirze niebios w dali niewymiernej, co niby błękitna toń jak świetlista śreżoga335, niby odblask świtu na licach dziecka, nieprzeliczone szyki ogromnych globów.
Stąpali ścieżką, dawną drogą wiodącą ku bramie, a pielgrzym zdumiewał się co krok, spostrzegając wszędzie rzadkie rośliny w cudnym, troskliwie pielęgnowanym ogrodzie ukrytym wśród ruin. Mały domek z kamienia zbudowany, o wyglądzie nowoczesnym, o dużych oknach, widniał w głębi. Opodal, wpół zakryty szerokolistnymi łodygami roślin stał starzec siwowłosy i wiązał gibkie pręcie336 do podpór wystruganych starannie z drzewa.
Dziewczyna podprowadziła doń pielgrzyma i rzekła:
— Oto Henryk, o któregoś pytał tyle razy.
Starzec zwrócił się ku nim, a Henrykowi wydało się, że widzi przed sobą starego górnika.
— Oto lekarz, Sylwester — rzekła dziewczyna.
Sylwester powitał go uprzejmie i rzekł:
— Dawno już temu, bardzo dawno, miałem u siebie twego ojca. Był on podówczas młodzieńcem, jak ty. Miałem wtedy sposobność zapoznać go ze skarbami wieków minionych, ze spuścizną drogocenną, zbyt wcześnie niestety zaginionego świata. Dostrzegłem w nim zadatki wielkiego talentu malarskiego. Już oczy jego budziły się, poczynając spostrzegać prawdę, poczęły stawać się narzędziami twórczymi, twarz wyrażać poczynała wnętrzną moc i pilną wytrwałość... ale zbyt silnie zakorzeniły się w jego duszy ponęty tego świata, przestał zważać na głos swej właściwej istoty, przy tym mglisty, surowy klimat ziemi ojczystej zwarzył pędy delikatnej rośliny kiełkującej w jego wnętrzu, został zręcznym rzemieślnikiem, a natchnienie zmieniło się w upór.
— Ileż to razy — odparł Henryk — patrzyłem z bólem na głęboki smutek, jaki go nurtuje. Pracuje ustawicznie z przyzwyczajenia, a nie z wnętrznej ochoty. Brakuje mu czegoś widocznie, czego nie zastąpić ciszą i pogodą życia, dostatkiem i wygodami, radością płynącą z szacunku i miłości współobywateli lub zaszczytnym uznaniem, z jakim zasięgają jego rady w wielu sprawach miasta. Znajomi uważają go za bardzo szczęśliwego, nie wiedzą, jak bardzo jest on przeżarty życiem, jaka u stóp jego nieraz rozwiera się pustka i jak tęskni, by się to wszystko już raz skończyło. Nie wiedzą, że sama pilność nawet to nie zapał i chęć zarobku, ale żądza przygłuszenia tej świadomości, że życie poszło na marne.