— Najwięcej — odrzekł Sylwester — dziwi mnie to, że twe wychowanie zdał ojciec w zupełności na matkę, starannie się strzegł jakiegokolwiek wpływu na twój rozwój i nie zachęcał cię nigdy do wyboru pewnego, określonego zawodu. Możesz to uważać za wielkie szczęście, że dane ci było wzrastać, nie doznawszy ze strony rodziców żadnych ograniczeń, gdyż większość ludzi to tylko resztki wspaniałej uczty, którą raczyli się przeróżni biesiadnicy, o rozmaitych upodobaniach i większym lub mniejszym apetycie.

— Doprawdy — odparł Henryk — nie wiem, co znaczy „wychowanie”, znam tylko poglądy mych rodziców i nauki kapelana zamkowego. Zdaje mi się, że ojciec mój, mimo swego chłodnego i na wskroś logicznego sposobu myślenia, mimo że na wszystko patrzy jak na kawał metalu czekającego na dłuto cyzelera, nie uświadamiając sobie tego nawet często, ma cichą cześć dla wszystkiego, co tajemnicze i wyższe i dlatego może spoglądał z pokornym zaparciem się siebie na rozkwit duszy dziecięcia.

Duch tutaj bowiem włada, duch świeżo wynurzony z praźródeł bytu. Ojciec mój czuł, że dziecko stoi nieskończenie bliżej spraw najwyższych, narzucała mu się przemożnie myśl, że niewinną istotę, zamierzającą tę dziwną podróż ewolucji, wiedzie za rękę moc świadoma. Widział na jego czole stygmat świata cudów, niezmyty jeszcze żadną ziemską falą i zbudziło się w jego duszy wspomnienie — sympatia. Przecież i on, ongi, w czasach bajecznych, kiedy to „słonko jaśniej świeciło”, świat „dziwny” był, a duchy jasnowidzeń pół realne, pół zaziemskie szły tropem małych stóp dziecięcia — wszak i on wtedy... To wszystko, zdaje mi się, skłoniło mego ojca do postępowania ostrożnego, wyrozumiałego i skromnego.

— Usiądźmy tu, pośród kwiatów na ławeczce darniowej — przerwał starzec. — Cyana zawoła nas, gdy wieczerza będzie gotowa. Jeśliś łaskaw, to opowiadaj mi dalej o życiu minionym. My starzy radzi słuchamy dziejów dzieciństwa. Wydaje mi się wówczas, że napawam się zapachem kwiatu od dawna niewidzianego. Powiedz mi jednak przedtem, czy spodobała ci się moja pustelnia i ogród pełen kwiatów-przyjaciół, pośród których rade przebywa me serce. Wszystko tu dookoła kocha mnie i jest przeze mnie kochane. Znajduję się tu jakby pośród własnych dzieci i czasem marzę, iż jestem starym dębem, z którego odziomków wyrosła ta szczęsna młódź.

— Dobry ojcze — rzekł Henryk — ogród wasz to świat cały. Ruiny to matka onych kwiatów. Wieczyście bujne, różnolite w swych zjawach337, życie ciągnie soki ze zwalisk czasów, co minęły. Czy jednak koniecznie musiała zemrzeć matka, by dzieci wyrosnąć mogły bujnie? Czyż wiecznie będzie samotny ojciec siedział na jej grobie, łzy lejąc niewypłakane?

Sylwester podał rozełkanemu młodzieńcowi rękę i powstał, by zerwać dlań właśnie rozkwitłą niezabudź338. Przydał do kwiatu gałązkę cyprysową, związał je razem i podał gościowi. Szczyty jedli rosnących za ruinami gięły się cudnie w wieczornym powiewie. Dochodził tu ich poszept głuchy. Henryk ukrył twarz spłakaną na piersiach dobrego Sylwestra. Gdy podniósł głowę, lśniła wysoko ponad lasem biała Wenus.

Po małej chwili Sylwester tak ciągnął dalej:

— Rad bym był widzieć cię w Eisenach, pośród towarzyszy zabawy. Jakże piękna grupa ludzi: rodzice, dobra księżna, poczciwi sąsiedzi ojca, stary kapelan... Rozmowy z nimi musiały wcześnie oddziałać na ciebie, zwłaszcza że byłeś w domu jedynakiem. Zdaje mi się, że widzę okolicę miasta... wyobrażam sobie, że ciekawa być musi i piękna.

— Dopiero od czasu, gdym poszedł w świat i wiele innych widziałem krajów, odczuwać począłem mój kąt rodzinny.

Każde drzewo, każda roślina, wzgórze i wierch ma swą okolicę339... to co je otacza jest odeń nieodłączne. Budowa wnętrzna każdego przedmiotu żywego da się wyjaśnić otoczeniem. Zwierzę tylko i człowiek może iść w otoczenie inne. Wszelkie środowiska są ich środowiskami. Otoczenia te wszystkie stanowią świat, jeden nieskończony widnokrąg, a wpływ jego na zwierzęta i ludzi jest równie niezaprzeczalnie potężny, jak wpływ ciaśniejszego widnokręgu na roślinę. Dlatego to ludzie, którzy wiele podróżowali, ptaki przelotne i zwierzęta drapieżne wyróżniają się pośród innych rozumem i innymi cennymi przymiotami. Ale i pośród nich są różne osobniki, mniej lub więcej zdolne odczuć różnobarwną treść nasuwającego się horyzontu i z jego przedziwnego ustosunkowania wyciągnąć dla siebie korzyść. Niejednemu też człowiekowi brak uwagi i spokoju, koniecznych dla uchwycenia biegu rzeczy, toku przesuwających się zjaw i ich uszeregowania, wytrwałości w zgłębieniu myślowym rzeczy zaobserwowanych i wreszcie zdolności budowania porównań i wyciągania wniosków. O, czuję teraz, jak kraj ojczysty pierwsze myśli moje niezatartymi nasycił barwami, jak obraz kraju rodzinnego dziwnie określił istotę mej duszy. Czuję to i odgaduję w coraz głębszych formach, im bardziej się przekonywam, że los i dusza to dwie nazwy na jedno pojęcie.