Matylda zamilkła. Ojciec jej rozpoczął z Henrykiem rozmowę. Chłopiec mówił z zapałem. Sąsiedzi dziwili się wymowie jego, bogactwu jego obrazowania. Matylda spoglądała nań z uwagą. Wydawało się, że cieszy ją ta wymowa, której towarzyszył natchniony wyraz twarzy. Oczy mu połyskiwały. Często zwracał się w stronę Matyldy. Dziwiła się, czemu tak spogląda. W zapale rozmowy pochwycił jej rękę niepostrzeżenie. Nie mogła się opanować, by nie ściskać lekko jego dłoni przy niektórych zdaniach. Klingsohr umiał podtrzymać entuzjazm chłopca i niebawem cała dusza wydobyła się na jego wargi. Tymczasem jednak wszyscy powstali od stołu. Uczyniło się zamieszanie. Henryk został u boku Matyldy. Znaleźli się poza innymi gośćmi. Wziął jej rękę, podniósł do ust i ucałował gorąco. Nie broniła mu jej i spoglądała nań z nieopisaną serdecznością. Wtedy nie mógł się opanować, pochylił się ku niej i ucałował jej usta. Zdumiała się, ale bezwiednie oddała mu pocałunek gorący. „Droga Matyldo”, „kochany Henryku” — oto wszystko, co sobie zdołali powiedzieć. Uścisnęła jego rękę i odeszła do innych dziewcząt. Henryk czuł się wniebowzięty. Matka się doń zbliżyła. Zwrócił ku niej całą czułość, jakiej miał pełną duszę. Mówiła:
– I cóż, czyś zadowolony, żeśmy przyjechali do Augsburga, podoba ci się tu?.
— Droga matko, cudnie tu jest, nie mogłem nic podobnego wyobrazić sobie nigdy.
Reszta wieczoru upłynęła równie wesoło. Starsi grali, rozmawiali i przyglądali się tańczącym. Muzyka falowała jak ocean, porywając w swe nurty młodzież...
Henryk czuł pierwsze rozkosze miłości i radości zarazem. Matylda również dała się bez oporu unieść rozkosznym falom i prawie nie ukrywała rodzącej się skłonności do Henryka. Stary Schwaning odgadł, że porozumienie jest bliskie i drażnił200 ich oboje.
Klingsohr polubił też od razu chłopca i uzyskał201 jego sympatię. Inni chłopcy i dziewczęta spostrzegli to od razu. Prześladować poczęli poważną i surową Matyldę młodym Turyngczykiem i nie kryli się z tym, że im bardzo na rękę, iż nie potrzebują się już obawiać admonicji202 dziewczyny odnośnie do swych spraw sercowych.
Późna już była noc, gdy się towarzystwo rozeszło. „To pierwsza i jedyna uczta mego życia!” — pomyślał Henryk, gdy został sam, a matka znużona udała się na spoczynek. Czyż nie jest mi dziś tak, jak onej nocy, kiedym we śnie ujrzał błękitny kwiat? Co za dziwny związek pomiędzy Matyldą a owym kwiatem? Owa twarz, wychylająca się ku mnie z kielicha, miała anielskie jej rysy, a przypominam sobie też wyraźnie, że ją widziałem w tej czarodziejskiej księdze. Czemuż to jednak w sercu moim taka cisza? Tak, ona jest widzialnym duchem pieśni, godną córką swego ojca. Ona duszę moją zmieni w akord muzyczny. Będzie najistotniejszą treścią mej duszy, kapłanką wieczyście płonącego ognia. A jakąż wieczność wierności czuję w swojej duszy! Urodziłem się na to jedynie, by ją czcić i wiecznie jej służyć, by przez nią myśleć i czuć. Czyż nie trzeba poświęcić całego życia, dostojnego życia ku jej czci i ubóstwianiu? I mnie to dane jest szczęście, że będę zwierciadłem jej, echem? Zaprawdę, nie przypadkowo to ujrzałem ją na końcu podróży, by w radości i weselu poczęła się najszczytniejsza chwila mego życia. I nie mogło też stać się inaczej, czyż bo sama jej obecność nie zmienia wszystkiego w szczęście, w upojenie?
Zbliżył się do okna. Tłumy gwiazd zalegały niebo pociemniałe, ze strony wschodniej świeciła jasna łuna, zwiastując poczynający się dzień.
Z zachwytem wykrzyknął Henryk:
— Was, wiekuiste gwiazdy, was, ciche wędrowce biorę za świadków mej świętej przysięgi. Dla Matyldy chcę żyć i wieczna wierność niech złączy me serce z jej sercem. I dla mnie wstaje rano nowego, wieczystego dnia. Noc minęła. Wschodzącemu słońcu na ofiarę składam własną duszę. Niech zapłonie i pali się wiekuiście.