Gorączka go opanowała i zasnął bardzo późno, gdy dzień był już jasny. Wszystkie myśli spłynęły mu się w przedziwny sen. Ciemnoszafirowy strumień płynął po zielonej równi. Po jego gładkiej powierzchni płynęło czółno. Siedziała w nim Matylda, wiosłując. Ustrojona była w wieńce, śpiewała prostą, jednostajną pieśń i spoglądała nań słodkimi, smutnymi oczyma. Lęk go ogarnął. Nie wiedział czemu. Niebo było pogodne, fale spokojne. Nagle czółno poczęło się kręcić w miejscu. Zawołał na nią przerażony. Uśmiechnęła się, złożyła wiosła w czółnie, które obracało się ciągle. Porwał go strach wielki. Rzucił się w wodę, ale płynąć nie mógł, prąd go unosił. Skinęła nań, jakby mu chciała coś powiedzieć, a łódź nabierać poczęła wody. Nie bała się, z radosnym uśmiechem patrzyła w wir. Nagle znikła, poszła na dno. Lekki powiew musnął fale, a powierzchnia potoku wygładziła się na powrót i woda płynęła cicho i równo, jak przedtem. Z trwogi strasznej utracił przytomność. Przyszedł do siebie dopiero, uczuwszy się na suchym gruncie. Nie wiedział, jak długo niósł go prąd. Okolica była obca. Nie wiedział, co się z nim stało, pamięć go odbiegła. Bezmyślnie poszedł w głąb kraju. Czuł się tylko bardzo osłabiony. Ze skały biło małe źródełko, brzmiało jak dzwon. Zanurzył rękę i kilkoma kroplami wody odwilżył203 spieczone wargi. Straszne zdarzenie leżało już poza nim, jak dręczący sen. Szedł ciągle przed siebie, a drzewa i kwiaty, które mijał, mówiły doń. Było mu tak dobrze i swojsko. Wtem usłyszał ową prostą i jednostajną pieśń. Począł biec w stronę, skąd go dochodziły dźwięki. Nagle ktoś go przytrzymał za ubranie. „Kochany Henryku”, zawołał jakiś znany głos. Obejrzał się i Matylda w tej chwili objęła go ramionami. „Czemu uciekasz ode mnie, mój jedyny? — rzekła oddychając głęboko. — Ledwie mogłam cię dogonić”. Henryk zapłakał i przytulił ją do piersi. „Gdzież się podział potok?” — spytał ze łzami w głosie. „Czyż nie widzisz ponad naszymi głowami jego błękitnych fal?”. Spojrzał w górę i rzeczywiście, wysoko ponad nimi płynął cicho jasnolazurowy strumień. „Gdzież więc jesteśmy, droga Matyldo?” — spytał. „U rodziców naszych”. „Prawda, wszak nie rozstaniemy się już?” — rzekł. „Wiecznie będziemy razem” — odparła i przycisnęła usta do jego warg, a ramionami objęła tak, że nie mogła ich już rozpleść. Potem powiedziała mu, nie odejmując ust, jakieś wielkie, tajemne słowo. Przeniknęło go na wskroś i czuł, że brzmieć będzie zawsze, zawsze. Chciał to słowo powtórzyć, ale nagle zawołał nań dziadek. Zbudził się, ale byłby w tej chwili dał życie za to, by móc znać to słowo.

Rozdział siódmy

Klingsohr stał u jego łóżka i witał go serdecznym: „Dzień dobry”. Zerwał się i objął Klingsohra za szyję. To nie pod waszym było adresem, zażartował stary Schwaning. Henryk uśmiechnął się i zarumienioną twarz ukrył na piersiach matki.

— Czy masz ochotę zjeść ze mną śniadanie na przedmieściu, na pięknym wzgórzu? — spytał Klingsohr. — Piękny ranek orzeźwi cię. Ubieraj się. Matylda czeka na nas.

Henryk podziękował uradowany za to pożądane zaproszenie. W jednej chwili był gotów i serdecznie ucałował rękę poety.

Poszli do Matyldy. Wyglądała przecudnie w skromnej sukience i pozdrowiła go przyjaźnie. Zapakowała śniadanie do koszyczka, który niosła na ręku. Drugą rękę podała Henrykowi bez zmieszania. Klingsohr szedł za nimi i tak minęli miasto pełne już ruchu. Przyszli na mały pagórek wznoszący się nad rzeką. Rosło tam kilka wysokich drzew i widok na wszystkie strony był otwarty.

— Ileż to już razy — wykrzyknął Henryk — radowałem się widokiem cudnej, tak bogatej w swych przejawach, tak barwnej przyrody i pokojem tym, w którym współżyją ze sobą różne jej zjawy. Ale takiej głębokiej, takiej twórczej wesołości jak dziś, nie doznawałem jeszcze nigdy może. Te oddale są mi tak bliskie, a ten krajobraz bogaty wydaje mi się moją własną wnętrzną fantazją. Jakże zmienna jest natura, choć na powierzchni wydaje się niewzruszona i trwała. Jakże inną się nam przedstawia, gdy czujemy obok siebie anioła lub silnego ducha, a inaczej w chwili, gdy skarży nam się biedak na swoją niedolę albo gdy chłop nam opowiada, jak niepogoda niszczy jego plony lub jak bardzo potrzebują jego zasiewy deszczu. Tobie, drogi mistrzu zawdzięczam to wesele, tak, to wesele, bo nie ma innego słowa, które by dokładniej malowało nastrój mojej duszy. Radość, ochota, zachwyt to tylko poszczególne członki i części wesela, które z nich buduje cuda.

Przycisnął rękę Matyldy do serca i zatonął gorącym spojrzeniem w jej oczach łagodnych i wrażliwych.

— Natura — odparł Klingsohr — jest tym dla naszej duszy, czym jakiś przedmiot dla światła. Odbija ją, łamie, rozkłada we wstęgę kolorów, zapala się na swej powierzchni lub we wnętrzu płomieniem, który jeśli dorównywa mu ciemnością, czyni je jasnym i przejrzystym, jeśli jest większy, wydziera się, by oświecić lub zapalić inne ciała. Ale najciemniejsze nawet ciało można za pomocą wody, ognia i powietrza uczynić przejrzystym.

— Pojmuję cię, drogi mistrzu. Ludzie są dla umysłu naszego jak kryształy. Oni są ową przejrzystą naturą. Droga Matyldo, was nazwałbym drogocennym, przeczystym szafirem. Jesteś przejrzysta i jasna jak niebo i świecisz łagodnym światłem. Ale powiedz, kochany mistrzu, czy mam słuszność; mnie się wydaje, że właśnie wtedy, gdy się najsilniej i bezpośrednio naturę odczuwa, najmniej umie się o niej mówić i najsłabszą ma się do tego ochotę.