Ojciec uśmiechnął się dobrotliwie i spojrzawszy na wchodzącą właśnie matkę, rzekł:

— Matko, w Henryku odzywa się ciągle ten moment, przez który przyszedł na świat. W słowach jego czuję żar owego włoskiego wina, które swego czasu przywiozłem z Rzymu i które piliśmy w wieczór weselny. Byłem wtedy innym zgoła człowiekiem. Południowy wiatr stopił na mojej duszy zimną powłokę, pieniłem się, jak puchar wina, odwagą i wesołością, a i ty byłaś ognistą, słodką dziewczyną. U ojca twego wówczas na niczym nie zbywało, zeszli się zewsząd śpiewacy i lutniści, a wesela piękniejszego niż nasze długo nie widziano w Augsburgu.

— Mówiliście przedtem o snach — rzekła matka — pamiętasz pewnie, żeś mi wówczas opowiadał o jednym śnie, któryś miał tam w Rzymie. Sen ów miał ci poddać myśl przybycia do Augsburga i starania się o moją rękę.

— Dobrze, że mi właśnie przypominasz — rzekł stary — byłbym zgoła zapomniał o onym śnie dziwnym, który wówczas żywo mnie zajmował. Właśnie jest on dowodem na to, co przedtem o snach mówiłem do Henryka. Niepodobna mieć chyba snu jaśniejszego i logiczniej sformułowanego. Jeszcze dziś go doskonale pamiętam, a cóż sen ten znaczył? To, żem śnił o tobie, i nagle uczułem tęsknotę, chęć posiadania ciebie, to całkiem naturalne, znałem cię przecież. Twa piękna, wesoła dusza zajęła mnie od początku bardzo, i tylko ochota poznania obczyzny stłumiła chwilowo miłość mą i chęć uczynienia cię żoną moją. Właśnie około tego czasu, gdy śniłem, nasyciłem się już do pewnego stopnia podziwianiem krajów obcych, więc skłonność serca łatwiej mogła się przejawić.

— Proszę, opowiedz ojcze ten dziwny sen — prosił syn.

— Chodziłem raz bez celu po Rzymie — rozpoczął ojciec. — Niebo było przeczyste, a księżyc oblewał kolumny i mury bladym, tajemniczym światłem. Towarzysze moi poszli kędyś za dziewczętami, mnie tęsknota za domem i miłość popędziły w świat. Wreszcie poczęło mnie palić pragnienie, wstąpiłem tedy do pierwszego z brzegu domu podmiejskiego, by poprosić o szklankę wina lub mleka. Ukazał się w progu izby starzec i pewnie w pierwszej chwili wziął mnie za podejrzanego włóczęgę. Powiedziałem mu, o co proszę, a gdy się dowiedział, że jestem cudzoziemcem i Niemcem z narodowości, zaprosił mnie gościnnie do izby i przyniósł flaszkę wina. Poprosił mnie, bym usiadł, i spytał, czym się trudnię. W izbie pełno było książek i starożytnych zabytków. Zawiązała się długa rozmowa. Opowiadał o dawnych czasach, o malarzach, rzeźbiarzach i poetach starożytnych. Dotąd nie słyszałem nikogo, co by tak mówił, zdawało mi się, jakobym przybił do nieznanego lądu i wysiadł na obcą mi ziemię. Pokazywał mi pieczęcie i inne stare wyroby, potem czytał z zapałem prześliczne poezje, tak że czas minął szybko. Dziś jeszcze radość serce me przejmuje, gdy wspomnę na różnobarwny zamęt myśli dziwnych i uczuć, jakich w on32 wieczór pełną miałem duszę. W pogańskich wiekach starzec czuł się jakby w domu u siebie i tęsknił gorąco i szczerze do onych zamierzchłych, niepowrotnych czasów. W końcu wskazał mi komorę, gdzie spocząć mogłem przez resztę nocy, bo wracać było już za późno. Zasnąłem rychło. We śnie wydało mi się, żem jest w rodzinnym mieście i z bram właśnie wychodzę. Gdzieś iść miałem i czegoś dokonać, ale nie wiedziałem dokąd się udaję i co zamierzam uczynić. Zwróciłem się szybkimi, bardzo szybkimi krokami ku górom harcyńskim33, czułem się szczęśliwy i wesoły, jakbym szedł na wesele. Nie zatrzymywałem się w drodze, dążyłem ciągle polami, przez równie34 i lasy, aż przyszedłem wreszcie do stóp wysokiej góry. Wyszedłem na jej szczyt i ujrzałem w dole niwy złote, wzrokiem objąłem całą Turyngię jak długa i szeroka, gdyż nie było żadnego pasma gór, które by mi widok zasłaniały. Po drugiej stronie leżały góry harcyńskie ciemną masą. Widziałem niezliczone zamki, klasztory i wioski. W tej chwili przyszedł mi na myśl starzec, u którego spałem i wydało mi się nagle, że bytność moja w jego domu miała miejsce w zamierzchłych, dawnych czasach. Niebawem spostrzegłem schody wiodące do wnętrza góry i począłem schodzić po nich w głąb. Po długiej wędrówce znalazłem się w obszernej jaskini. Siedział tam starzec ubrany w długą, powłóczystą szatę. Oparty był o żelazny stół i spoglądał uważnie na piękną dziewczynę wykutą z marmuru, stojącą przed nim. Broda mu urosła tak, że pokryła stół i spadała aż na nogi siedzącego. Wyglądał poważnie i życzliwie i przypominał starca, u którego spędziłem wieczór. Zagapiłem się i spoglądałem w milczeniu. Wtem dotknął gospodarz ramienia mego, wziął mnie za rękę i powiódł długimi podziemnymi chodnikami. Po chwili ujrzałem szary przeblask, jakby świt się poczynał. Podążyłem w kierunku światła i znalazłem się na zielonej murawie. Ale dokoła mnie był świat zgoła inny niż ojczysty. Stały olbrzymie drzewa z ogromnymi, połyskującymi liśćmi i rzucały wkoło cień. Powietrze było bardzo gorące, ale nie duszne. Wszędzie biły źródła, kwitły kwiaty, ale spośród wszystkich kwiatów spodobał mi się nad wszystkie inne jeden. Wydało mi się, że wszystkie inne pochylają się ku niemu.

— Ach, drogi ojcze, powiedz mi też, jakiej barwy był ten kwiat? — zawołał syn z wybuchem.

— Tego już nie pamiętam, choć wszystko inne tkwi wyraźnie w mej pamięci.

— Czyż nie był przypadkiem błękitny?

— Może być! — ciągnął dalej stary, nie zwracając uwagi na wybuch ciekawości Henryka. — To jedno wiem, że dziwnie zrobiło mi się na sercu i długo stałem zapatrzony, nie zwracając się ku memu przewodnikowi. Gdym się wreszcie obejrzał w jego stronę, zobaczyłem, że spogląda na mnie uważnie i uśmiecha się dobrotliwie. W jaki sposób odbyłem drogę powrotną, już dziś nie pamiętam. Znalazłem się znowu na szczycie góry. Przewodnik mój stał obok i rzekł: „Widziałeś cud świata, od ciebie samego zależy teraz stać się najszczęśliwszą pośród ziemian istotą, a prócz tego jeszcze słynnym człowiekiem. Zważ pilnie na moje słowa. Jeśli powrócisz tutaj w dniu świętojańskim około wieczora i zaniesiesz do Boga gorącą prośbę, by ci użyczył zrozumienia tego snu, wtedy sądzony ci będzie najszczytniejszy los ziemski. Zważaj tylko na mały, niebieski kwiatek, który znajdziesz tu na szczycie. Zerwij go i pokornie poddaj się przewodnictwu niebiosów35”. Znalazłem się nagle we śnie pośród przepięknych ludzi i nieskończonym łańcuchem, w niezliczonych przemianach przesuwały się dzieje ludzkości przed mymi oczyma. Język mój został rozwiązany, co wyrzekłem, brzmiało jak muzyka. Naraz, wszystko znowu śćmiło się36, skurczyło i spowszedniało, a ja ujrzałem twą matkę. Spoglądała na mnie dobrym wzrokiem i z pewnym zawstydzeniem podała mi trzymane na ręku dziecię. Nagle dziecię poczęło w oczach rość37, połyskać38 i jaśnieć, wreszcie rozwinęło śnieżnej białości skrzydła i uniosło się ponad nasze głowy. Potem wyciągnęło po nas ręce, wzięło nas oboje w ramiona i wzleciało wysoko, tak wysoko, że ziemia w dole wydała nam się jakby złota misa pokryta przecudną rzeźbą. Pamiętam niewyraźnie jeszcze, że w ciągu dalszym snu powracały znowu starzec, góra i błękitny kwiat, ale zbudziłem się niedługo potem opanowany gorącą miłością i pożegnałem się z mym gościnnym starcem. Prosił mnie, bym niedługo znowu przyszedł go odwiedzić. Przyrzekłem i byłbym niechybnie dotrzymał, gdybym w krótki czas potem nie był porzucił Rzymu i nie wyjechał nagle do Augsburga.