Rodzice spali już, zegar miarowym stukał taktem, wiatr szemrał i tłukł oknami. Co chwila czyniło się w pokoju jasno od księżyca i ćmiło znów, gdy zapadł za chmurę. Młodzieniec leżał na posłaniu, ale nie spał. Myślał o nieznanym człowieku i jego opowieści22. Nie skarby to zbudziły w mej duszy niewysłowione pożądanie, co mnie nurtuje, rzekł sam do siebie; jakże daleki jestem od żądzy bogactwa; kwiat tylko, błękitny kwiat ujrzeć pragnę. Myśl o nim legła mi na duszy, śćmiła23 wszystko i nie mogę o niczym pisać, ni myśleć o innym. Nigdy mi jeszcze tak nie było. Wydaje mi się, jakbym ongi24, dawno śnił lub też jakbym ocknął się do życia w innym świecie. Któż w świecie, w którym żyję, troszczy się o kwiaty; nie, o takiej namiętności dla kwiatu nigdy nie słyszałem. Skąd też mógł nieznajomy pochodzić? Żaden z nas nigdy nie widział człowieka jemu podobnego. A także nie wiem czemu tylko na mnie podziałały tak jego słowa. Wszak inni słyszeli to samo, a żadnemu z nich coś podobnego się nie wydarzyło. Że też nie mogę nawet mówić o moim cudnym stanie! Często czyni mi się tak dobrze, tak dobrze, a tylko w chwilach, gdy myśl o kwiecie ćmi się, nachodzi mnie skłonność do czynu, do ruchu; tego nie zrozumie chyba nikt, tego nie zdoła nikt pojąć. Zrazu się bałem, że myśl mi się obłąkała, ale od czasu, kiedy nie tak jasno jak ongi myślę i widzę, wszystko wydaje mi się bardziej znajome i jasne. Słyszałem dawniej opowieści o zamierzchłych czasach, kiedy to zwierz dziki, skały i drzewa z ludźmi prowadziły rozmowy. A oto teraz zda mi się, jakby lada chwila poczęły rozgwary, patrzę na nie i czuję, i wiem, co mi powiedzą może za chwilę. O, wiele jest pewnie jeszcze słów mi nieznanych; gdybym ich więcej umiał, wszystko bym zaraz lepiej pojmował. Dawniej lubiłem tańczyć, teraz raczej podług muzyki myśleć wolę. Młodzieniec zatracił się niedługo w cudnych fantazjach i zasnął. Począł śnić o bezkresnych dalach, dzikich, nieznanych ugorzyskach. Przebiegał z łatwością jaskółczą morza ogromne, widział dziwaczne stwory, obcował z różnodusznymi ludźmi, raz tocząc krwawe wojny, to znów spoczywając w cicho zaśnionych chatach. Wpadał w niewolę i doznawał nędzy niezmiernej. Czucia wszystkie rosły w jego duszy do potęgi mu nieznanej, do wyżyn nietkniętych dotąd stopą. Przeżył niezmiernie barwne życie, zmarł i powstał znowu z martwych, miłował z ogromną namiętnością i oddzielała go od ukochanej wieczność czarna. Na koniec, gdy świtać poczęło, gdy poświata ranna padła na ziemię, uciszyło się w jego duszy, jaśniejsze i mniej migotliwe stały się obrazy. Wydało mu się, że ciemnym lasem szedł samotny. Przez zieloną sieć konarów z rzadka tylko przedzierał się promień słońca. Niebawem trafił na skalistą roztokę stromo spinającą się25 w górę. Musiał przeskakiwać obrosłe mchem kamienie, wydarte z łona góry wodami zaginionego już potoku. Wdzierał się wzwyż, a im wyżej szedł, tym rzadszy stawał się las. Przyszedł na koniec na małą polanę na grzebieniu góry leżącą. Na skraju polany sterczała wysoka, prostopadła skała, a u stóp skały ujrzał młodzieniec otwór, wydający się jakby bramą tajnego, kutego we wnętrzu góry chodnika. Chodnik biegł poziomo aż do wielkiej groty, z której biła ku podróżnikowi jasność jakaś niezmierna. Gdy wszedł, ujrzał potężny snop promieni, tryskający aż pod sklepienie groty i opadający świetlaną mgłą iskier do zbiornika kamiennego. Snop świetlny połyskał26 jak zapalone złoto, nie było słychać najlżejszego szmeru, czarowne zjawisko zatopione było w głębokiej, świętej ciszy. Zbliżył się do zbiornika wypełnionego drgającym wirowaniem barw. Ściany groty pociągnięte były tym płynem. Nie był gorący, ale chłodził i ze ścian bił odeń matowy, szafirowy poblask. Młodzieniec zanurzył rękę i zwilżył wargi roztopioną, chłodną lawą. Przejęło go wskroś tchnienie jakby Ducha mocnego, uczuł się do głębi swej istoty napełniony siłą i odświeżony. Ogarnęła go niezmożona chęć skąpania się w cudownej wodzie skier — rozebrał się i zstąpił do zbiornika. I wydało mu się, że otoczyły go wszystkie chmury zorzy wieczornej, niebiańskie uczucie dobra ogarnęło go, w rozkosznym wirze ujrzał zmąconych mnóstwo myśli. Cisnęły się, by w jego duszy zlać się w jedność nowe, nieznane dotąd zjawy. Wybłyskiwały, spływały się z sobą, rodziły w tym złączeniu ponownie, jako widzialne twory dokoła go otaczając, a każda fala dziwnego, słodkiego żywiołu jakby pierś dziewicza tuliła się doń pieszczotliwie. Fale świetlane składały się z cudnych dziewcząt, co wcielały się, w momencie zetknięcia z ciałem jego młodzieńczym.
Upojony czarem, a jednak świadomy czucia tego, czuł się niesiony prądem wypływającym ze zbiornika kędyś między skały. Opanował nim niby słodki sen, w którym roił o niepodobnym do prawdy zdarzeniu. Zbudził się do innego wtajemniczenia. Znalazł się u brzegu źródła na miękkiej murawie. Źródło biło kędyś wysoko w powietrze, a krople nie wracały, jakby je przestwór pożarł. Ciemnobłękitne skały pocięte barwnymi żyłami sterczały opodal. Poświata dzienna rozlewająca się po tym zakątku, nie wiadomo, ziemi czy nieba, jaśniejsza była i łagodniejsza zarazem jak zwyczajna. Szafir niebiosów27 ściemniały, sczerniały był prawie, przeczysty jednak i przeźroczy28.
Spośród wszystkiego oczy jego pociągał najbardziej, mocą nieprzepartą, jasnobłękitny kwiat, stojący na wysokiej łodydze ponad samym źródłem. Dotykał go szerokimi, połyskującymi liśćmi. Dokoła chwiały się kwiaty inne o rozlicznych barwach, a woń przecudna napełniała powietrze. Młodzieniec nie widział jednak nic prócz błękitnego kwiatu. Wpatrywał się weń długo, z rozrzewnieniem, na jakie nie ma słów. Wreszcie powstał, chcąc się doń zbliżyć jeszcze bardziej, ale w tej chwili kwiat począł się poruszać i zmieniać, liście nabrały jeszcze żywszego połysku, i zwinęły się dokoła łodygi, kielich pochylił się ku niemu, płatki się rozchyliły, tworząc jakby szeroką kryzę, a pośrodku niej zjawiła się twarz. Wraz z przemianą dziwnego kwiatu, śpiącym owładało coraz większe zdumienie... ale tejże chwili zbudził go głos matki i otworzywszy oczy, ujrzał się w rodzicielskim domu. Pokój zalany był porannym światłem. Był nadto zachwycony, by miał się gniewać, wesoło pozdrowił matkę i odwzajemnił jej uściśnienie.
— Śpiochu jakiś — rzekł ojciec — myślałem, że nie wiedzieć jak długo będę jeszcze czekał. Siedzę tu już od dawna i piłuję. Bić młotem ze względu na ciebie nie śmiałem, a matka nie chciała przerywać snu swemu pieszczochowi. Nie mówię już o śniadaniu, na które także czekamy oboje. Mądrze zaprawdę obrałeś zawód naukowy, dla którego my, zwyczajni ludzie musimy czuwać i pracować. Ale nie dość na tym; jak mi mówiono, dzielny uczony musi pracować także po nocach, by zgłębić dzieła swych mądrych poprzedników.
— Drogi ojcze — odrzekł Henryk — nie gniewaj się na mnie, że długo spałem, przecież to zdarza mi się dosyć rzadko. Zasnąłem bardzo późno, miałem wiele męczących snów, a wreszcie zjawił mi się sen cudowny, którego pewnie długo nie zapomnę, bo zdaje mi się, że więcej to niźli sen.
— Drogi Henryku — rzekła matka — pewnie położyłeś się na grzbiecie albo podczas wieczornych modlitw przyszły ci do głowy niestosowne myśli. Wyglądasz dotąd jeszcze dziwnie. Jedz i pij, byś przyszedł do siebie.
— Sen mara — rzekł ojciec, nie przerywając pracy, podczas gdy matka wyszła. — Sen mara! Mogą sobie tam o tym uczeni wielce panowie myśleć, co im się żywnie podoba, ja radzę ci, mój chłopcze, nie marnować swego umysłu na podobnie bezpożyteczne i szkodliwe rozmyślania. Już minęły czasy, kiedy w snach widzenia miano boskie i my prostacy nie możemy pojąć, jakie zjawy mieli owi wybrani męże29, o których Biblia opowiada. Musiały to być inne sny jakieś, inne, odmienne, jak odmienne były drzewiej30 sprawy ludzkie.
W czasie, w którym żyć nam tu na ziemi danym jest, nie ma już bezpośredniej łączności pomiędzy ziemią a niebem. Stare pisma i stare dzieje są dziś jedynym źródłem, z jakiego czerpiemy wiadomości o świecie zaziemskim o tyle, o ile nam są potrzebne i zamiast przez objawienie bezpośrednie, przemawia teraz Duch Święty pośrednio, przez umysły mądrych i szlachetnie myślących ludzi oraz przez żywoty i losy ludzi pobożnego serca. Nasze współczesne cudowne obrazy nie budowały mnie nigdy zbytnio i nie wierzyłem nigdy w opowieści o cudach, które rozgłaszają księża, ale niechże się nimi zachwyca kto chce, ja osobiście wystrzegam się, by kogoś nie zachwiać w wierze, nie podkopać jego zaufania.
— Drogi ojcze, z jakiegoż to powodu jesteś tak snom przeciwny, tym snom, których dziwne przemiany i delikatna budowa musi, zaprawdę, pobudzać nas żywo do myślenia? Czyż nie jest każdy, najbardziej nawet zawikłany sen dziwnym zjawiskiem, nawet odłożywszy na bok kwestię, czy przemawia przezeń wola boża, wielkim pęknięciem w onej tajemniczej zasłonie, która w tysiącznych fałdach spływa w najmroczniejsze tajnie naszej istoty. W najmądrzejszych książkach znajdziemy niezliczone opowieści o snach, pisane przez najwiarygodniejszych ludzi, a ty sam, ojcze, wszak pamiętasz ów sen, o którym opowiadał niedawno czcigodny kapelan książęcy. Tobie samemu wydał on się znaczący.
Ale nawet pominąwszy i te opowieści, gdybyś, ojcze, przemarzył pierwszy swój sen w życiu, jakże byś się zadziwił i pewnie byś nie zaprzeczał cudowności tego zjawiska, które stało się dla nas wszystkich tak codzienne, tak małoznaczne. Mnie wydaje się, że sen jest ochroną przeciw regularności i powszedniości życia, wolnym, swobodnym wzlotem więzionej za dnia fantazji, bo w tym wzlocie rozrzuca ona w chaotyczny nieład wszystkie zjawy życiowe i ustawicznej powadze człowieka dorosłego pozwala spocząć, pozwala znużonemu zabawić się nietroskliwie31 i wesoło jak dziecku. Bez snów postarzelibyśmy się wszyscy bardzo prędko, sen więc chociaż nie dany nam bezpośrednio, z nieba, możemy uważać przecież za boski dar, za wesołego towarzysza w wędrówce do grobu. Zaprawdę, sen, który miałem dziś w nocy, nie jest to małoznaczny wypadek mego życia, czuję, że przeniknął on w głąb mej duszy i niby olbrzymie koło obraca się, porywając ją w wir swój.