Od tej pory z jego żarliwej wyobraźni wyłaniał się kosmos po kosmosie, każdy bogatszy i subtelniejszy od poprzedniego. W niektórych ze swoich wczesnych dzieł zdawał się interesować jedynie fizycznym aspektem substancji, którą wyodrębnił z siebie. Był ślepy na jej potencjał psychiczny. Ale w jednym z wczesnych kosmosów wzorce cech fizycznych, którymi się bawił, symulowały indywidualność i życie, którego w rzeczywistości nie miały. A może miały? W późniejszym dziele prawdziwe życie pojawiło się w wyjątkowo dziwny sposób. Był to kosmos, który Sprawca Gwiazd pojmował fizycznie tak, jak ludzie pojmują muzykę: stanowił on bogatą sekwencję cech o różnorodnym tonie i intensywności. Dziecinny Sprawca Gwiazd z rozkoszą bawił się tą zabawką, wymyślając nieskończone bogactwo melodii i kontrapunktów. Ale zanim rozgryzł wszelkie niuanse wzorców tego małego świata chłodnej, matematycznej muzyki, zanim stworzył więcej niż kilka pozbawionych życia muzycznych stworzeń, jasne stało się, że niektóre z tych istot manifestowały ślady własnego życia, odpornego na świadomy cel Sprawcy Gwiazd. Muzyczne motywy zaczęły zachowywać się niezgodnie z kanonem, który im narzucił. Wydawało się, że przyglądał się im ze znacznym zainteresowaniem i że doprowadziło go to do nowych koncepcji, wykraczających poza moc tych istot. Dlatego też zakończył ten wszechświat, zresztą w nowatorski sposób. Wymyślił, że ostatni stan kosmosu doprowadzi bezpośrednio do pierwszego. Splótł ostateczną chwilę z początkiem, aby kosmiczny czas układał się w nieskończony krąg. Po przyjrzeniu się swojej pracy z zewnątrz, we właściwym sobie czasie, odstawił ją na bok i skierował uwagę ku kolejnej.

W następnym kosmosie świadomie umieścił coś z własnej percepcji i woli, nakazując, aby pewne wzorce i rytmy były postrzegającymi świat ciałami postrzegających ducha umysłów. Stworzenia owe miały pracować wspólnie, by wytworzyć harmonię przewidzianą dla swego kosmosu, ale zamiast tego każde próbowało ukształtować cały kosmos zgodnie z własną formą. Stworzenia walczyły rozpaczliwie, każde przekonane o własnej racji. Gdy uległy uszkodzeniu, czuły ból. Najwyraźniej niczego podobnego młody Sprawca Gwiazd nigdy nie doświadczył ani nawet sobie nie wyobrażał. Z wielkim zaskoczeniem i zainteresowaniem oraz, jak mi się zdawało, z niemal diabelską wesołością przyglądał się wybrykom i cierpieniom swoich pierwszych żywych istot, aż w wyniku wzajemnych walk i rzezi zaprowadziły chaos w tym kosmosie.

Odtąd Sprawca Gwiazd nie ignorował już potencjału żywotów stworzonych przez siebie istot. Wydawało mi się jednak, że wiele z jego wczesnych eksperymentów z tworzeniem życia wychodziło nie po jego myśli i że czasami, jak gdyby nabrawszy obrzydzenia do , powracał na jakiś czas fantazji wyłącznie z zakresu fizyki.

Mogę jedynie pokrótce opisać mnogość wczesnych tworów. Wystarczy powiedzieć, że stworzyła je boska, ale nadal niedojrzała wyobraźnia i były jak jaskrawe, ale trywialne bańki, pełne krzykliwych kolorów, bogate w fizyczne subtelności, liryczne i często tragiczne, pełne miłości i nienawiści, żądzy, aspiracji i wspólnych przedsięwzięć eksperymentalnych świadomych stworzeń Sprawcy Gwiazd.

Wiele z tych wczesnych uniwersów było nieprzestrzennych, choć mimo wszystko fizycznych. Z tych nieprzestrzennych wszechświatów niektóre należały do „muzycznego” typu, w którym miejsce przestrzeni zajmował dziwny wymiar odpowiadający muzycznemu strojowi, ogromny i pełen miriad różnic tonalnych. Zamieszkujące je tam stworzenia ukazywały się sobie nawzajem jako złożone wzory i rytmy tonów. Mogły poruszać dźwiękowymi ciałami w wymiarze tonu i czasami w innych, niewyobrażalnych dla ludzi wymiarach. Ciało istoty stanowiło mniej więcej stały wzór tonalny, z tym samym stopniem elastyczności i drobnych zmian, co ludzkie ciało. Mogło też przemierzać inne żywe ciała w wymiarze tonu podobnie, jak zmarszczki na powierzchni stawu mogą nachodzić na siebie nawzajem. Ale choć te istoty mogły się przenikać, potrafiły też chwytać i uszkadzać nawzajem swoje tonalne tkanki. Niektóre w istocie żyły, pożerając inne, jako że te bardziej złożone musiały integrować we własne wzorce życiowe prostsze wzorce, które wyłaniały się w całym kosmosie bezpośrednio z twórczej mocy Sprawcy Gwiazd. Inteligentne istoty mogły manipulować dla własnych celów elementami wyrywanymi ze stałego środowiska tonalnego, tworząc dźwiękowe konstrukcje. Niektóre z nich służyły jako narzędzia usprawniające działalność „rolniczą”, dzięki którym miały w bród naturalnego pożywienia. Wszechświaty tego bezprzestrzennego rodzaju, choć nieporównanie prostsze i skromniejsze niż nasz kosmos, były dość bogate, by wytworzyć społeczeństwa zdolne nie tylko do „rolnictwa”, ale i „rzemiosła”, a nawet pewnego rodzaju czystej sztuki łączącej cechy pieśni, tańca i poezji. Filozofia, rodzaju raczej pitagorejskiego, pojawiła się po raz pierwszy w jednym z kosmosów muzycznego typu.

W niemal wszystkich dziełach Sprawcy Gwiazd, jak ujrzałem w swoim śnie, czas był bardziej fundamentalnym atrybutem niż przestrzeń. Choć w niektórych z najwcześniejszych jego kreacji brakowało czasu i były one statycznymi projektami, wkrótce porzucił ten plan, jako że nie pozwalał na wyrażenie całej skali jego umiejętności. Poza tym, jako że wykluczały one możliwość powstania życia i umysłu, były niekompatybilne ze wszystkimi późniejszymi fazami jego zainteresowań.

Mój sen wyjaśnił, że przestrzeń pojawiła się początkowo jako rozwinięcie nieprzestrzennego wymiaru w „muzycznym” kosmosie. Zamieszkujące go tonalne istoty mogły poruszać się nie tylko „w górę” i „w dół” skali, ale także „na bok”. W ludzkiej muzyce pewne motywy mogą zdawać się nadchodzić lub wycofywać z uwagi na różnice głośności i tembru. Podobnie stworzenia z tego „muzycznego” kosmosu mogły zbliżać się do siebie nawzajem lub wycofywać się i ostatecznie zniknąć z zasięgu słuchu. Poruszając się „w bok”, podróżowały przez ciągle zmieniające się tonalne środowiska. W kolejnym kosmosie ten ruch „w bok” wzbogacony został przez prawdziwe przestrzenne doświadczenie.

Następnie doszło do powstania dzieł o przestrzennym charakterze kilku wymiarów, dzieła euklidesowe i nieeuklidesowe, dzieła ukazujące wielką różnorodność zasad geometrycznych i fizycznych. Czasami czas, czy też czasoprzestrzeń, stanowiły fundamentalną rzeczywistość kosmosu i istoty były jedynie ich ulotnymi modyfikacjami. Częściej jednak fundamentalne były jakościowe wydarzenia powiązane na czasoprzestrzenne sposoby. W niektórych przypadkach system relacji przestrzennych był nieskończony, w innych skończony, ale nieograniczony. W niektórych fizyczny zakres przestrzeni stanowił stałą wielkość w relacji do atomowych składowych kosmosu. W innych, jak w naszym własnym kosmosie, przestrzeń „rozszerzała się”, a w jeszcze innych „kurczyła”. Końcem takiego kosmosu, być może bogatego w inteligentne społeczności, była kolizja i stłoczenie wszystkich jego części oraz ich ostateczne skupienie się w bezwymiarowym punkcie.

W niektórych dziełach po ekspansji i ostatecznym zamarciu następowała kontrakcja i zupełnie nowe działania fizyczne. Czasami na przykład grawitację zastępowała antygrawitacja. Wszystkie duże skupiska materii rozpadały się, a mniejsze oddalały się od siebie. W jednym z takich kosmosów odwróceniu uległo również prawo entropii. Energia, zamiast stopniowo rozprzestrzeniać się równomiernie po całym kosmosie, stopniowo skupiała się w materialnych jednostkach. Z czasem zaczynałem podejrzewać, że po moim własnym kosmosie nastąpi odwrócony kosmos tego rodzaju, w którym, oczywiście, natura żywych istot będzie fundamentalnie różna od wszystkiego, co wyobrażalne dla ludzi. Ale to dygresja, jako że obecnie opisuję znacznie wcześniejsze i prostsze uniwersa.

Wiele wszechświatów fizycznie składało się z płynnych bezmiarów, w których poruszały się stałe istoty. Inne zbudowano jako ciągi koncentrycznych sfer zaludnionych przez różnego rzędu stworzenia. Niektóre z wczesnych wszechświatów były quasi-astronomiczne i składały się z próżni upstrzonej rzadkimi i drobnymi centrami mocy.