Jedna z tych agentek ma sześcioro dzieci. Mąż jej przez nieszczęśliwe spekulacje dostał pomieszania zmysłów ze zmartwienia; zamknięto go w domu wariatów. Żona jego byłaby przywiedziona do nędzy z sześciorgiem dzieci, ale przyszło jej na myśl poprawić interesy męża. Udała się do bankierów, przyjaciół jej familii, przedstawiła im swoje położenie. Znam kraj, w którym połowa takich bankierów, jeżeli nie wszyscy zrobiliby poniżające propozycje tej kobiecie, daliby jej do zrozumienia, że dzięki swej młodości i urodzie znajdzie u nich wsparcie bez pracy. Kraj ten chełpi się cywilizacją.

Bankierzy amerykańscy przeciwnie, podali rękę nieszczęśliwej, mówiąc: „Bądź pani spokojna, przy energii wszystkiego dokazać można, możesz pani rachować na naszą pomoc. Ile pani potrzeba pieniędzy na początek?”.

Znalazła u nich kredyt, otworzyła na nowo kantor męża i wzięła się do czynności. Kilka kobiet zaczęło u niej pracować i dziś nie tylko polepszyła interesy, ale doskonale je prowadzi na swoją rękę. Czy myślicie, że się z niej wyśmiewają, że nazywają to minięciem się z powołaniem kobiety? Nie, owszem, szanują ją, chwalą i mówią: „Oto kobieta prawdziwie odważna, mądra i doskonała matka!”. Mąż jej ma się już lepiej, wkrótce może opuści dom wariatów, a powróciwszy do siebie, zamiast nędzy i wstydu znajdzie dostatek i poważanie.

— Ależ — powie ktoś może — kobieta niezdolna do prowadzenia takich interesów, to przechodzi jej inteligencję.

Tak jest, we Francji, ale nie w Ameryce, a to dlatego, że ten agent bankowy, zamiast przepędzać czas wolny w klubie, siedział w domu, rozmawiał z żoną, objaśniał jej swoje czynności; jeżeli miał nawał roboty, ona mu pomagała, wiedziała więc, co się dzieje, była obznajomiona z tym rodzajem interesów i to jej dozwoliło w potrzebie zastąpić głowę rodziny.

W Nowym Świecie kobieta jest rzeczywiście towarzyszką, wspólniczką mężczyzny, dlatego też ten ostatni ma nieograniczone zaufanie w jej rozumie, radzi się jej we wszystkim, wtajemnicza w swoje interesy; wiedząc, że śmierć może go zaskoczyć, pragnie, żeby żona mogła go godnie zastąpić.

Inna dama, bardzo miła osoba, którą miałam przyjemność znać, jest dzisiaj kapitanem okrętu. Rzecz to nie tak śmieszna i nie tak zadziwiająca, jak się wydaje.

Miss V. uczęszczała na kursy do Instytutu, pan M. chodził tam także. Ona miała lat osiemnaście, on dwadzieścia. Pokochali się i zaręczyli; chcąc być dłużej razem ze swoim narzeczonym, panna postanowiła uczyć się sztuki żeglarskiej. Ta nauka zajęła ją bardzo i miała w niej upodobanie. Skoro tylko M. został kapitanem, młoda para pobrała się. Francuz zostawiłby swoją żonę na lądzie, pan M. wziął ją z sobą. Przez pięć lat podróżowała, nie opuszczając swego męża, dwoje dzieci urodziło się im na okręcie i wychowywało się na nim. Mąż wyjaśniał jej obroty na morzu, naukę żeglugi; ona często go zastępowała albo mu pomagała.

Jednego razu, gdym jadła obiad na ich statku, pan M. rzekł do mnie:

— Czy wiesz pani, że moja żona jest również dobrym żeglarzem jak ja? Powierzyłbym jej bez wahania mój okręt; oficerowie moi radzą się jej w razach niebezpieczeństwa.