Sala jadalna hotelu Fifth Avenue jest duża, ozdobna, liczni pracownicy w surdutach i wstęgach na szyi, tak modnych w Ameryce, chodzą poważnie i zdaje się, że ci robią zaszczyt, podając potrawy, jeżeli zachowasz dla nich największą delikatność i grzeczność.
Od ósmej do dziesiątej roznoszą śniadanie, od dwunastej do trzeciej po południu lunch; od piątej do siódmej obiad; od ósmej do dziesiątej herbatę.
Stoły zawsze są przykryte serwetami, ale nic więcej, nie ma ani butelek, ani karafek; na kredensie tylko stoją duże naczynia kamienne, jedne napełnione wodą z lodem, inne mlekiem lub lemoniadą.
Takie są napoje używane w Ameryce. Razem z rybą, mięsem pije się mleko lub lemoniadę, a czasem miesza się mleko z lemoniadą; to samo robią i w domach prywatnych (oprócz tych, które urządzone po francusku); dzbanki z tymi napojami nie stoją na stole, służący obchodzi gości i nalewa szklanki.
Skoro usiądziesz, stawiają przed tobą duży talerz. Na drugim talerzu, obok siebie, znajdujesz chleb niewypieczony, ciężki i gorący. Jeśli jesteś smakoszem, podają ci grzankę oblaną mlekiem.
Posługacz przynosi od razu cały obiad, od rosołu aż do wetów55. To przynajmniej praktycznie, nikt nie traci czasu, ale obiad za to zimny. Wszystkie potrawy: ryba, mięso, jaja, jarzyna, sosy, znajdują się na małych spodkach, które ustawiają około twojego talerza. Amerykanin robi z tego wszystkiego jedną mieszaninę w dużym talerzu i zabiera się do jedzenia.
Chińczyk używa do potraw małych pałeczek, je nimi zręcznie, bardzo porządnie.
Amerykanin (Yankee) więcej używa noża niż widelca i w tym się różni od Chińczyka, że je nieporządnie; oblizuje ostrze noża językiem, co przypomina dorożkarzy jedzących naprędce i używających noża z równą elegancją.
Nie zmieniają tu ani noży, ani widelców. Pierwszego dnia przyglądałam się zdziwiona podanym mi spodkom, przełożyłam z jednego na talerz, a gdy zjadłam pierwszą potrawę, proszę o drugi talerz.
— Czyś pani tamten stłukła? — pyta się mnie posługacz.