Hotel St. Nicolas58 jest jednym z najdawniejszych w Nowym Jorku, mieszkają w nim ludzie od lat trzydziestu; na Fifth Avenue znajduje się blisko sto rodzin, które obrały tam stałe zamieszkanie, jest nawet doktór, który nie mając środków opłacania domu i umeblowania się, najął dwa pokoje w hotelu, jeden z nich obrócił na gabinet dla chorych, drugi dla siebie. Malarz ma tam swoją pracownię i przyjmuje w niej swoich klientów. Kobiety lubią żyć w hotelach; nie troszczą się o gospodarstwo, a widują tam różnych podróżnych. Mogą swobodnie myśleć o strojach. Zbytek ich jest też do nieuwierzenia. Robią toaletę ranną, drugą toaletę na obiad, po obiedzie zaś najświetniejszą balową; zapala się żyrandole w salonach i na korytarzach, korytarze tak szerokie jak bulwary. O godzinie ósmej wszystkie kobiety wychodzą ze swoich pokojów prześlicznie ubrane i przechadzają się po salonach i korytarzach; jest to w pewnym rodzaju paradna wystawa, godzina, w której odbierają wizyty, pełno wrzawy, hałasu, tłok niesłychany. Dziewczęta przyjmują swoich wielbicieli, swoich narzeczonych. We wszystkich framugach okien, we wszystkich zakątkach spostrzega się pary rozmawiające cicho, trzymające się za ręce; nikogo to nie razi, każdy mija te gronka z dyskrecją.

Salony są bardzo ożywione. Jest to bowiem godzina, w której ci, co nie mieszkają w hotelu, przychodzą odwiedzać swoich przyjaciół, a szczególniej podziwiać stroje kobiet.

Kto widział w Baden Salon de la Conversation59, ten może mieć wyobrażenie o widoku, jaki przedstawiają co wieczór tutejsze hotele; takie samo panuje tu życie, zbytek i gry.

Amerykanin wyrozumował, że w hotelu jeden pokój dla niego dostateczny; nie opłaca służących, ma wszelką wygodę i usługę za siedem lub osiem dolarów dziennie... To daleko praktyczniej niż zajmować ubogie mieszkanko.

Młodzież tam żeni się bardzo prędko: często młody człowiek zaledwie osiemnastoletni bierze panienkę bez majątku, wynajmuje więc jeden pokój; ten opłaciwszy, nie potrzebuje troszczyć się o kupno mebli.

Cudzoziemcom nie podoba się w tych hotelach, wszystkiemu z bliska przypatrywać się trzeba: naprzeciwko ktoś umiera, tuż obok ktoś inny jęczy i narzeka w boleściach. Mamki spacerują z dziećmi płaczącymi po korytarzach, większe dzieci bawią się w wolanta60: jest to dobra i zła strona, korzyści i niedogodności.

Mówiłam już, że w każdym domu jest tylko jedna kuchnia, trzeba więc wynajmować dom cały. Ludzie tylko bardzo bogaci pozwalają sobie na ten zbytek; ci, którzy nie mają więcej nad czterdzieści lub pięćdziesiąt tysięcy dochodu, muszą poprzestać na boarding housach. Nie poniża się bynajmniej ten, kto utrzymuje taki hotel, wielu doktorów nawet najmuje dom cały, odnajmują od siebie pokoje, obracają z nich jeden na wspólny salon, drugi na wspólną salę jadalną i dziesięć lub dwanaście rodzin mieści się w ich domu.

Chciałam przekonać się, jak żyją w boarding housach, przyjrzeć się na własne oczy, jak to ci nieznajomi z dnia wczorajszego mogą tak prędko zbliżyć się do siebie, że odtąd stanowią prawie jedną rodzinę.

Umieściłam się w jednym z tych domów, gdzie za dwieście pięćdziesiąt franków na tydzień miałam salonik, jeden pokój na pierwszym piętrze i miejsce przy stole. Jednakże chociaż rodziny, z którymi żyłam, były przyzwoite, a damy amerykańskie nadzwyczaj uprzejme, muszę wyznać, że pobyt w boarding housie wydał mi się nieznośny. O siódmej dzwonią, budząc, o ósmej na pierwsze śniadanie. Trzeba być ubraną i śpiesznie chodzić, bo panowie mają pilne sprawy; wcześnie wychodzą. Po skończonym pierwszym śniadaniu każdy powraca do swego pokoju lub idzie się przejść. W południe same damy zbierają się na lunch, panowie mają interesy i jedzą o tej porze na mieście; ale o piątej godzinie licznie się zgromadzają do stołu, bo każda rodzina ma jednego gościa lub dwóch.

Codziennie widzieć można nowe twarze, prawdziwy to karawanseraj61. Źle dają jeść, bo właścicielka domu chce jak najwięcej zarobić. Porcje są małe i biada temu, kto ośmieli się wziąć dwa razy jednej potrawy; ze wszystkich stron rzucają na niego spojrzenia gniewliwe, bo zjadł czyjąś porcję!