— Gdzież się jada w niedzielę? — spokojnie zapytał Méry.
— W domu, mój panie.
— Tam do licha, mój bracie — rzekł Méry — mój dom w Paryżu, a bardzo mi się jeść chce.
— W takim razie, kiedyś pan cudzoziemiec, powinieneś był kupić wszystko wczoraj, bo dziś kawiarnie, restauracje, piekarnie, wszystko zamknięte.
Policjant ukłonił się Méry’emu i odszedł. Perspektywa całodziennego postu nabawiła mojego ziomka kurczu żołądka. Gorączkowo przebiegał ulice, mówiąc: „Przecież znajdę jakiegoś rzeźnika lub kupca niedowiarka”.
Niestety, była już druga godzina, nie odkrył żadnego; umierał z głodu, gdy nagle zobaczył otwartą aptekę.
Przez szybę spostrzegł duże laski panieńskiej skórki62. Uradowany, wchodzi, siada, prosi o to ciasto, zjada cały funt, prosi o wodę dla przepchnięcia tej lepkiej potrawy i jeszcze żąda panieńskiej skórki. Aptekarz, zdumiony, mówi:
— Ależ, panie, jeżeli to na uleczenie jakiejś irytacji piersiowej, to kilka kawałków wystarczy.
— Nie — odpowiedział Méry umierającym głosem — to nie na piersi, ale od kurczu żołądka, którego doznaję z głodu.
I opowiedział w jakim jest położeniu, że nigdzie jeść dostać nie może.