Amerykanie są pobożni, bardzo pobożni, czynami to pokazują.
Lubią moralność, ciągle o niej mówią; są surowymi bigotami nawet.
Nie znajdziesz między nimi ateuszów, wszyscy wierzą w Boga. On jest wielki, nieskończony i wszechmocny, mówią; trzeba go wielbić w każdej godzinie życia.
Ale myślą także, iż jeżeli miło jest służyć Bogu, to i diabłu czasem zakadzić nie wadzi.
Temu czarnemu szatanowi jednakże służyć trzeba ostrożnie, nie zanadto, bo nabywa się w takim razie reputacji łotra i traci szacunek u ludzi poczciwych; a szacunek jest potrzebny.
Szukali więc sposobu takiego zachowania się, żeby nie stracić dobrej opinii, a nie przyjąć zarazem upokorzeń, jakie ona za sobą pociąga. Powiedzieli sobie, że dać wolny bieg wszystkim namiętnościom, wszelkim wadom, używać uciech, nie będąc za nie karanym pogardą, byłoby to tym nowym postępem, tym nec plus ultra postępu!
Szukali i... znaleźli...
Tak, powtarzam, Tartuffe, którego nie znają nawet z nazwiska, był wielkim niezgrabiaszem przy nich.
Dla dopięcia swego celu Amerykanie tego trzymają się przepisu; jest on może nie bardzo uczciwy, ale za to dowcipny.
U nich Bóg, cnota, moralność są na usługach namiętności i występku.