Bo Francja szczególniej jest przedmiotem ich potępienia.

Uświęcić rozpustę! Taka myśl, zaiste, nie przyszła by nigdy do głowy narodowi francuskiemu; jest on w samej rzeczy trochę lekkomyślny, ale oddajmy mu tę sprawiedliwość, że nie zapiera się swoich wad, swoich nawet występków.

O, wielka różnica między Francuzem a Amerykaninem.

Francuz niekiedy chce się wydać gorszy, niż jest rzeczywiście. Pobożny odgrywa czasem rolę wolnomyśliciela, cnotliwy pozwoli uważać się za niemoralnego. Nie chełpi się z cnoty, ukrywa ją nawet. Yankees przeciwnie, mając ciągle na języku cnotę, moralność, nie jest ani cnotliwy, ani moralny; jest on udanej skromności, surowy, aby ukryć swoją niemoralność, jest to Don Juan90 przysięgający, że nie dla swojej przyjemności ugania się za pięknościami, ale jedynie dla zachowania przepisów swojej religii.

Nie ufam ludziom mającym ciągle na ustach wyrazy: honor, cnota, moralność; być poczciwym, cnotliwym jest rzeczą tak naturalną, że nie ma o czym mówić.

Przesada w praktyce pobożności oburza mnie zawsze, bo zdaje mi się, że jedynie ma na celu ukrywać jakieś niecne postępki.

Tym uczuciem nieufności wiedziona, odkryłam przyczynę surowości ludu amerykańskiego.

Słyszałam ich zawsze mówiących tylko o moralności, o obowiązkach, o cnocie; widziałam ludzi zatopionych w Bogu, drażliwych na najmniejsze słówko wolnomyślicieli.

W dziennikach czytałam długie artykuły o rozpuście i bezbożności narodu francuskiego. Porównują Paryż z Sodomą i Gomorą. W niedziele tylko Biblię widzieć można w rękach u wszystkich.

Pomyślałam sobie: to nienaturalne... zbyt wiele przesady, to musi coś ukrywać. Zaczęłam badać. Amerykanie starają się przekonywać, że nowy świat jest jedną religijną gminą, zajętą wyłącznie swoim zbawieniem...