Kiedy byłam już na tropie jednej sekty, bardzo gorszącej, starali się mnie zmylić, a kiedy żądałam wyjaśnienia, dawali mi je niedokładne albo zwracali rozmowę na inny przedmiot.
Ale jeśli kobieta chce... jeżeli Bóg tego nie chce, to przynajmniej diabeł jej pomoże. Udało mi się dojść prawdy o wielu z nich. Są takie, o których mówić niepodobna; a chociaż we francuskim języku wszystko się da omówić, domyślić, nie czuję się jednakże na siłach dać o nich pojęcie.
Takiego rodzaju jest np. sekta Oneida. Posiada ona rozległy zakład w stanie samego Nowego Jorku; jest to gmach wystawiony na wzór pałacu wersalskiego. Są tam prześliczne ogrody. Pałac ten, a raczej klasztor jest zamieszkany przez tysiąc pięćset kobiet i mężczyzn przyjętych do tej sekty. Wszyscy mogą ich odwiedzać, cudzoziemcy mile są tu widziani, wolno im nawet zabawić tam kilka dni, jeżeli zechcą.
Członkowie tego wyznania nie kryją się z nim, wszelkie praktyki odbywają jawnie, chętnie tłumaczą je cudzoziemcom. Nadto rozpisali broszurki traktujące z surowością biblijną o uczynkach pobożności ich religii; posyłają te pisma do domów, są one i w księgarniach. Jednakże jeżeli przybywszy do Nowego Jorku, zapytasz się w jakimś salonie, co to jest sekta Oneida, to ci odpowiedzą:
— Oneida? What it is? I do not know: Co to jest? Nie wiem.
Niedawno, już w Paryżu, mówiłam o Ameryce w jednym domu, znajdował się tam jakiś Yankees osiadły w Paryżu; zwrócił się do mnie:
— Zapewne pani znalazła nasz kraj bardzo moralnym? Niepodobny on do Francji?
— Bardzo moralnym... — odpowiedziałam — to rzecz względna!
— Jak to, względna? Wszakże u nas nie ma ani loretek91, ani kokotek92. Nasze małżeństwa nie są tak gorszące jak francuskie, kobiety nasze surowej cnoty.
— Tak, to prawda — odpowiedziałam — kobiety u was nie znają nieprawej miłości, bo mają rozwód, nie macie kokotek ani młodych rozpustników dla prostej przyczyny, że mężczyźni lękający się łańcuchów małżeństwa, panny nieczujące powołania na matkę i żonę wstępują po prostu do sekty free love (wolnej miłości).