— Do widzenia, mój synu — odparła z dziwnie wyniosłym ukłonem.
Gniewał ją ton, w jakim przemawiał do niej, a w jego spojrzeniu było coś, co ją trwożyło.
— Pocałuj mnie, matko — rzekła dziewczyna. Jej usta jak kwiat dotknęły zwiędłego policzka i ogrzały jego chłód.
— Moje dziecko, moje dziecko! — wykrzyknęła pani Vane, wznosząc wzrok do sufitu, szukając wyobrażanej przez siebie galerii.
— Chodź, Sybillo! — rzekł niecierpliwie brat. Nienawidził matczynej przesady.
Wyszli w migotliwe, rozedrgane od wiatru promienie słoneczne, podążyli posępną Euston Road. Przechodnie ze zdziwieniem patrzyli na nachmurzonego, ociężałego chłopca w zgrzebnym, źle dopasowanym ubraniu, towarzyszącego tak wdzięcznej i wytwornej dziewczynie. Wyglądał niczym prosty ogrodnik niosący różę.
Jakub marszczył chwilami brwi, spostrzegając natrętne spojrzenia przechodniów. Miał wstręt przed zwracaniem sobą uwagi, uczucie, zjawiające się dość późno w życiu ludzi sławnych, a nieopuszczające nigdy ludzi pospolitych. Natomiast Sybilla nie zauważyła wcale wrażenia, jakie wywoływała. Miłość drgała uśmiechem na jej wargach. Myślała o księciu z bajki, a chcąc swobodnie myśleć o nim, nie mówiła o nim, lecz szczebiotała o okręcie, którym ma odpłynąć Jakub, o złocie, które na pewno zdobędzie, o cudownej właścicielce skarbów, którą wyratuje z rąk niecnych zbójników w czerwonych koszulach. Bo on nie zostanie marynarzem, chłopcem okrętowym ani czymś podobnym. Ach, nie! Życie marynarza jest straszne. Wyobrazić sobie tylko, że siedzi przykuty do obrzydliwego statku, rozhukane bałwany usiłują wtargnąć, a czarna burza pochyla maszty i rwie żagle w długie, świszczące strzępy! Zaraz w Melbourne musi wysiąść, pożegnać się ładnie z kapitanem i udać się natychmiast na poszukiwanie kopalni złota. Nim tydzień upłynie, natrafi na ogromną żyłę czystego złota, większą niż kiedykolwiek odkryto, i przywiezie ją na wybrzeże na wozie pilnowanym przez sześciu policjantów. Trzykrotnie napadną go rabusie, ale zostaną odparci, poniósłszy olbrzymie straty. Albo nie. Niech nie chodzi do kopalń złota. To jakieś obrzydliwe miejscowości, gdzie ludzie upijają się po karczmach, mordują się nawzajem i używają brzydkich słów. Zostanie raczej zręcznym hodowcą owiec i pewnego wieczora, wracając do domu, zobaczy, jak na jadącą w pięknym powozie dziedziczkę napada zbójca na karym koniu, strzela doń i ratuje ją. Ona się w nim oczywiście zakocha, pobiorą się, powrócą do kraju i zamieszkają w Londynie we wspaniałym pałacu. Czekają go cudowne rzeczy. Ale musi być bardzo dobry, nie unosić się i nie trwonić pieniędzy. Ona jest wprawdzie tylko o rok od niego starsza, o ileż jednak lepiej zna życie. Musi pisywać do niej z każdą pocztą i co wieczór modlić się przed snem. Bóg jest bardzo dobry i będzie nad nim czuwał. Ona także będzie modliła się za niego, a po paru latach wróci bogaty i szczęśliwy.
Chłopak słuchał jej nachmurzony, nic nie odpowiadając. Opuszczał dom z ciężkim sercem.
Nie tylko to jednak gnębiło go i zasępiało. Mimo braku doświadczenia doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, grożącego Sybilli w jej zawodzie. Ten młody bubek, umizgujący się do niej, nie mógł mieć dobrych zamiarów. Był dżentelmenem i za to go nienawidził, nienawidził go przez jakiś dziwny instynkt rasowy, nie zdając sobie z niego sprawy, ale któremu dlatego właśnie tym bardziej się poddawał. Uświadamiał sobie, jak płytka i próżna z natury była matka, i widział w tym zgubę Sybilli i Sybilli nieszczęście. Dzieci z początku kochają swych rodziców; gdy są starsze, sądzą ich; czasami im wybaczają.
Jego matka! Nieraz miał zamiar spytać ją o coś, o czym od długich miesięcy rozmyślał w milczeniu. Jakieś zdanie przypadkiem usłyszane w teatrze, jakiś stłumiony śmiech, który obił się o jego uszy, gdy pewnego wieczora czekał u drzwi garderoby, obudziły w nim całą falę strasznych myśli. Przypominał sobie, że było to jakby uderzenie biczem po twarzy. Brwi ściągnęły mu się w klinowatą zmarszczkę, przygryzł dolną wargę, drgającą od bolesnego skurczu.