— A więc mój ojciec był łajdakiem! — krzyknął chłopiec, zaciskając pięści.

Potrząsnęła głową przecząco.

— Wiedziałam, że nie był wolny. Bardzo się kochaliśmy. Gdyby żył, pamiętałby o nas. Nie wolno ci, synu, nic mówić przeciwko niemu. Był twoim ojcem i porządnym człowiekiem. Miał zapewne wysokie stosunki.

Przekleństwo wybiegło z jego ust.

— Nie troszczę się o siebie — wykrzyknął — ale o Sybillę... To porządny człowiek, nieprawdaż, który ją kocha, a przynajmniej tak mówi? Wysoko ustosunkowany, jak mniemam.

Przez chwilę kobieta doznała uczucia niemiłego poniżenia. Pochyliła głowę. Drżącymi rękoma otarła oczy.

— Sybilla ma matkę — wyszeptała — ja nie miałam.

Chłopiec był wzruszony. Podszedł ku niej i schyliwszy się, pocałował ją.

— Żałuję, jeśli wyrządziłem ci przykrość, pytając o ojca — powiedział — ale nie mogłem dać sobie rady. Muszę już odejść. Do widzenia. Nie zapominaj, że teraz pozostało ci już tylko jedno dziecko, i wierz mi, że gdyby ten człowiek miał skrzywdzić moją siostrę, dowiem się, kim on jest, wyśledzę go i zabiję jak psa. Przysięgam ci to.

Szalona przesada jego groźby, towarzyszący jej namiętny gest, melodramatycznie powiedziane słowa, wszystko to wywarło na niej żywe wrażenie. Do podobnej atmosfery przywykła. Odetchnęła swobodniej i po raz pierwszy od wielu miesięcy podziwiała swego syna. Chętnie przedłużyłaby tę wzruszającą scenę, ale on jej przerwał. Trzeba było znieść tłumoki i ogarnąć się. Stróżka chodziła tam i z powrotem. Trzeba się było targować z woźnicą. Nastrój chwili znikł w codziennych szczegółach. Z ponownym uczuciem rozczarowania powiewała z okna podartą koronkową chustką, patrząc na odjeżdżającego syna. Miała wrażenie, że zmarnowana została wielka sposobność. Pocieszyła się, opowiadając Sybilli, jak samotne będzie odtąd jej życie, gdy pozostało jej tylko jedno dziecko. Zapamiętała to zdanie. Podobało się jej. Nic nie mówiła o groźbie. Była wypowiedziana żywo i dramatycznie. Czuła, że kiedyś wszyscy będą się z tego śmiali.