Na dachach nocy spłaszczone dłonie
mocno wyprężę. Ponad świat wszystek
niedolę moją wykrzyczę, iż się echo załamie.
Och, piersi moje są jak brzuch rodzący!
Z warg moich rzęzi trombita4 Sądu: gdzie spokój? spokój?
Długo huczące skargi falującego żalu toczą jęczące góry.
Wrzask przeraźliwy rygle piekieł rozwala.
Boleść rozpryskana kona z westchnieniem na głuchym przetaczaniu się nurtu,
co szepce kopule: gdzie spokój? spokój?
Biada! o, biada! Dudnienia młota o dachy świata,