— Jakże to, mój ojcze, jeżeli brakuje czegoś do tej możności, czy nazwiesz ją „najbliższą” i czy powiesz, na przykład, że człowiek ma w nocy i bez wszelkiego światła bezpośrednią możność widzenia?
— Owszem; miałby ją, wedle nas, o ile nie jest ślepy.
— Doskonale — rzekłem — ale ojciec Le Moine rozumie to w przeciwnym sposobie.
— To prawda — odparli — ale my rozumiemy tak.
— Zgadzam się — rzekłem. — Nie spieram się bowiem nigdy o słowa, byleby mnie uprzedzono o znaczeniu, jakie im kto daje. Ale widzę z tego, iż kiedy powiadacie, że sprawiedliwi mają zawsze „najbliższą możność” modlenia się do Boga, rozumiecie, iż potrzeba im jeszcze innej pomocy, bez której nie modliliby się nigdy.
— Wybornie — odparli dobrzy ojcowie, ściskając mnie — wybornie; trzeba bowiem prócz tego skutecznej łaski, która nie jest dana wszystkim i która skłania ich wolę do modlitwy; i herezją jest przeczyć konieczności tej skutecznej łaski dla modlitwy.
— Wybornie — rzekłem ja z kolei — ale w ten sposób wedle was janseniści są katolicy, a ojciec Le Moine heretyk. Janseniści bowiem powiadają, że sprawiedliwi mają możność modlitwy, ale że trzeba im wszelako do tego skutecznej łaski; i wy to potwierdzacie. Natomiast ojciec Le Moine powiada, iż sprawiedliwi modlą się bez skutecznej łaski, a wy to potępiacie.
— Tak — odparli — ale ojciec Le Moine nazywa tę możność „możnością najbliższą”.
— Jak to, moi ojcowie — rzekłem — toć to znaczy igrać ze słowami, powiadać, iż jesteście w zgodzie, dlatego że macie wspólne wyrażenia, natomiast jesteście sprzeczni co do ich sensu.
Ojcaszkowie nie odpowiedzieli nic; wtem nadszedł właśnie ów uczeń ojca Le Moine. Uważałem to za nadzwyczaj szczęśliwy traf; ale dowiedziałem się później, że spotkania ich są częste i że żyją z sobą w nieustannej styczności.