Przejrzałem wówczas ich zamiar i rzekłem, wstając, aby ich pożegnać:

— W istocie, moi ojcowie, lękam się, aby to wszystko nie było czystą sztuczką; i co bądź wyniknie z waszych zebrań, śmiem wam przepowiedzieć, iż mimo wyroku cenzury nie zapanuje pokój. Gdyby bowiem nawet orzeczono, iż trzeba wymawiać te zgłoski „naj”, „bliż”, „szy”, któż nie widzi, iż wobec tego, że ich nie wyjaśniono, każdy z was zechce święcić zwycięstwo? Jakobini powiedzą, że to słowo wykłada się w ich znaczeniu, ojciec Le Moine powie, że w jego, będzie tedy o wiele więcej sporów o to, aby je wytłumaczyć, niż aby je wprowadzić: ostatecznie bowiem nie byłoby wielkiego niebezpieczeństwa przyjąć go bez żadnego znaczenia, skoro może zaszkodzić jedynie przez znaczenie. Ale to by było rzeczą niegodną Sorbony i Teologii, używać słów dwuznacznych i mamiących, nie tłumacząc ich. Ostatecznie bowiem, moi ojcowie, powiedzcie mi, proszę was ostatni raz, w co mam wierzyć, aby być katolikiem?

— Trzeba — rzekli mi razem — mówić, że wszyscy sprawiedliwi mają „najbliższą możność”, abstrahując od wszelkiego znaczenia: Abstrahendo a sensu Thomistarum et a sensu aliorum Theologorum37.

— To znaczy — rzekłem, żegnając ich — iż trzeba wymawiać to słowo wargami, z obawy, aby się nie stać heretykiem z nazwiska. Ostatecznie bowiem, czy to słowo jest w Piśmie Świętym?

— Nie — rzekli.

— Czy pochodzi od ojców Kościoła, od soborów papieży?

— Nie.

— Od świętego Tomasza?

— Nie.

— Gdzież jest tedy konieczność mówienia go, skoro nie ma ani powagi, ani żadnego własnego znaczenia?