— A w czym — spytałem — różnicie się od jansenistów w tym przedmiocie?
— W tym — odparł — iż my twierdzimy, że Bóg daje łaskę uczynkową wszystkim ludziom, przy wszelkiej pokusie; utrzymujemy bowiem, iż gdyby się nie miało przy każdej pokusie łaski uczynkowej, aby nie zgrzeszyć, człowiek nie byłby nigdy winien grzechu, który by popełnił. Janseniści powiadają przeciwnie, że człowiek jest odpowiedzialny za grzechy popełnione bez łaski uczynkowej: ale to są brednie.
Domyślałem się dokąd zmierza; ale aby to zeń wydobyć jeszcze jawniej, rzekłem:
— Mój ojcze, to słowo „łaska uczynkowa” myli mnie; nie nawykłem doń; byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś był tak łaskaw powiedzieć mi to samo, nie używając tego terminu.
— Owszem — rzekł ojciec — to znaczy, pragniesz, abym wstawił określenie w miejsce rzeczy określonej; to nie zmienia nigdy treści; bardzo chętnie. Utrzymujemy tedy niezbicie, że „dana czynność nie może być poczytana za grzech, o ile przed popełnieniem jej Bóg nie da nam świadomości zła, które w niej się mieści, oraz natchnienia, które nam każe jej unikać”. Rozumiesz teraz?
Zdumiony taką zasadą, wedle której wszystkie grzechy popełnione w nieświadomości oraz te, które popełni się w zupełnej niepamięci o Bogu, nie byłyby grzechem, zerknąłem na jansenistę: rychło poznałem z miny, że nie podziela tego zdania. Ale ponieważ nie rzekł nic, ozwałem się:
— Pragnąłbym, ojcze, aby to, co mówisz, było prawdą i abyś miał na to mocne dowody.
— Chcesz dowodów? — odparł z miejsca. — Zaraz ci ich dostarczę, i to nie lada jakich; poczekaj tylko.
Po czym udał się po książki. Ja zaś rzekłem do mego przyjaciela:
— Czyżby się znalazł jeszcze ktoś drugi utrzymujący takie rzeczy?