Orłosęp uniósł ciężkie skrzydła i odfrunął, wzniecając tumany kurzu. A towarzyszył mu aplauz puszczanych z głośników ptasich braw i okrzyków. Brawo! Brawo! Brawo!
— To chyba nie było na serio, z tym zabijaniem i zjadaniem? — Mandarynka zrobił przerażoną minę.
— No, dzieci, pora na szczotkowanie dziobów! — Nandu usiłował zakończyć tę straszną rozmowę. Wyjął szczoteczkę elektryczną, brał po kolei każde ze swych stu piskląt, a potem porządnie czyścił każdemu zęby. A raczej to, co ptaki zwykle mają zamiast zębów. Niektóre ptaszątka bardzo się opierały, ponieważ niczego tak nie cierpiały jak szczotkowania.
Mandarynka nastroszył kolorowe piórka, bo myślał, że nastroszony jest jeszcze przystojniejszy i bardziej przebojowy.
— Wygram na bank. Bez urazy, no offence3, nie macie ze mną szans — oznajmił. — Będę sławny i będę bogaty! Bo piękny już jestem.
I zaczął tak mocno machać skrzydłami, że wypadło mu kolorowe piórko. A potem kolejne. Kiwi podeszła, zaciekawiona, pochyliła się i powąchała swoim długim dziobem leżące na podłodze pióra. Niuuuch!
— Pan się leni4 — oznajmiła. — Jak tak dalej poleci, będzie pan łysy.
— Wcale że nie! — oburzył się Mandarynka.
— Faktycznie nie. W miejsce kolorowych piór wyrastają panu szare — stwierdził Wrona, przyglądając się kaczorowi z uwagą.
— Wcale że nie! Opowiadacie same by-zy-du-ry! Jestem wyjątkowy oraz bajeczny i wygram ten konkurs!