Pisklaki Nandu usnęły jak na komendę. Kiwi zdziwiła się szybkim sukcesem i przestała śpiewać. Trochę urażona, bo nikt nie prosił o bis.

Kiedy małe Nandu smacznie spały, ptaki rozpoczęły zebranie. Musiały przecież omówić to, co zobaczyły w telewizji zamiast dobranocki.

— Słuchajcie, ptaki! — rozpoczął zebranie Albatros i wytarł nos. — Musimy coś pos­tanowić. Przecież chcemy być wyjątkowe i wolne!

— Zróbmy strajk! — Kiwi miała plan. — Nikt nie będzie nas przyklejał do jakiegoś żółtego kombinezonu. Przykujmy się na znak protestu do kaloryfera.

— To zbyt banalne. Mam inny pomysł — oznajmił Wrona.

— Szable? Pistolety? Armaty? Jam Albatros, syn Albatrosa, kuzyn Atosa i Portosa! Mogę walczyć!

— Nie trzeba. Użyjemy sprytu. A teraz śpijmy. Dobranoc — ziewnął dziwnie pewny swego Wrona.

— Zapadła ciemność, ptaki zasnęły. Tylko Kiwi siedziała.

— A ja nie zasnę. Żeby chociaż jakaś sowa tu była, to miałabym z kim pogadać. A tu nic, tylko jakieś nietoperze latają.

*