Rankiem ptaki obudziły się wraz ze słońcem i zaraz zaczął się rwetes. Śpiew przy goleniu, pluskanie w kałużach, mycie zębów, czesanie piórek. Albatros zażywał kąpieli w balii, jednocześnie podjadając małe rybki z wiadra. Nandu usiłował przebrać z piżamek całe swoje potomstwo, które podzielił na chłopców i dziewczynki, a następnie jednej grupie zakładał spodnie w kratkę, a drugiej sukienki w kropki. Trwała poranna śpiewanina. I niby było wesoło, ale ptaki cały czas rozprawiały o Poważnej Sprawie. O tym, że Orłosęp szykuje na nich pułapkę. Tylko Mandarynka nie chciał w to uwierzyć, bo Mandarynka chciał wygrać konkurs i zostać gwiazdą ptasiej telewizji.
— O-maj-gad!!9 — oburzył się. — To jest jakaś napowietrzna głupota! Musieliście coś źle usłyszeć. Na pewno nie ma żadnej pułapki. Przecież Orłosęp jest wspaniały, a jego konkurs jest piramidalnie wspaniały! I ja go wygram, obviously10.
— Panie Mandarynko — tłumaczył cierpliwie Nandu, bo kiedy ktoś ma sto dzieci to jest bardzo cierpliwy. — To jest prawda, Orłosęp chce nas przykleić do żółtych kombinezonów! Wszyscy do końca życia będziemy tacy sami!
— To jest pułapka! — zagrzmiał Albatros, połykając kolejną rybkę.
— Nawet moje dzieci to rozumieją, chociaż ledwie tydzień temu wykluły się z jajek.
— By-zy-du-ra! You are stupid birds!11 Na niczym się nie znacie, a wasza matka wysiadywała zgniłe jaja!
— A z piór twojego taty sprzątaczki sobie miotły robią!
— A twoja ciotka mieszka w reklamówce z Biedronki!
— A twoi koledzy dzyndzylą zamiast pimponić!
— A wy nie umiecie ani dzyndzylić, ani pimponić, ani fiufarniczyć!