Kea nie wiedziała, co powiedzieć. Całym sercem kibicowała ptakom i nie chciała, żeby wszystkie do końca życia musiały chodzić w żółtych kombinezonach. Ale bała się przeciwstawić Orłosępowi. Milczała więc, a Wrona patrzył na nią ze współczuciem. Pozostałe ptaki obrzuciły ją obrażonym spojrzeniem i zabrały się do lotu. Albatros wziął Kiwi na grzbiet i wzbił się w powietrze, rozpościerając swoje potężne skrzydła. Nandu upchnął dzieci pod pachami i ruszył biegiem, jak to nielot. Na końcu zakutany w żółty kombinezon Mandarynka, którego z całych sił popchnął Wrona, żeby go rozpędzić.
Papuga Kea smutno spojrzała w dal. Jakby ogarnęła ją melancholia. I wtem, powolutku, po cichutku zanuciła rzewną piosnkę, w której wyznała, że Orłosęp jest jej wujkiem i że bardzo go nie lubi, ale nie ma nikogo innego na całym świecie, żadnych przyjaciół ani rodziny i dlatego musi się go trzymać. Jednak my, ludzie, zamiast pieśni słyszelibyśmy tylko:
— Ke-aaaaaaa! Ke-aaaaaaa! Ke-aaaaaa! Ke-aaa!
A Wrona to wszystko słyszał, bo cały czas stał i słuchał. Wreszcie odezwał się miękko.
— Nie jesteś sama.
— Od dawna tu stoisz?
— Słyszałem piosenkę.
— To wiesz już, że Orłosęp jest moim wujkiem.
— Orłosęp nie jest jedynym ptakiem na świecie. Dasz sobie radę bez niego.
— Jak?