— Masz nas. Mnie, Kiwi, Nandu, Albatrosa, a nawet Mandarynkę.
— Ale ja jestem siostrzenicą Orłosępa. Jestem zła.
— Nie dramatyzuj. Raz zjadłaś stadko owiec, zdarza się. Możesz równie dobrze jeść szpinak albo owsiankę.
— Nie posmarowałam waszych kombinezonów klejem.
— Wiedziałem, że nigdy byś tego nie zrobiła.
Wrona i Kea patrzyli na siebie maślanymi oczami i tacy byli w sobie zakochani, że świat wydał im się być bardzo miękką i bardzo dużą watą cukrową, ale zrobioną z puchu, a nie z cukru, który się klei i psuje zęby. A puch jest mięciutki i pachnący.
*
Tymczasem w ptasiej telewizji do gabinetu Orłosępa ktoś się zakradł. W ciemnościach nie było nic widać, a słuchać było głośne: ŁUP!
— Ałaj! Przez ciebie się wywaliłam! — Kiwi podniosła się z podłogi, na której leżała jak długa.
— Nic nie robiłem! — bronił się Albatros.