— By-zy-dura! Nie można być wyjątkowym, kiedy się jest zwykłym! — wykrzyknął Mandarynka.
I zdawało się, że zaraz wybuchnie awantura, gdy nagle Kiwi zdjęła swoje wielkie okulary i położyła się na ziemi. Przymknęła oczy.
— Ja przepraszam, ale muszę uciąć sobie drzemkę.
Na to dzieci Nandu zaczęły jak na komendę piszczeć. Wszystkie sto pisklaków! Zrobił się z tego potworny hałas. Nandu bezskutecznie starał się uciszyć potomstwo, a jego długa szyja prawie zaplątała się w supeł z nerwów.
— Dzieci, cichutko! Tatuś zaraz wam kupi po jabłku z robakiem! Tylko znajdę warzywniak.
Nandu popędził do sklepu, a tymczasem Albatros rozglądał się niezadowolony. Poprawił swoje długie skrzydła, które absolutnie nigdzie się nie mieściły.
— Czy jest tu jakaś woda? — zapytał.
Papuga Kea wyrosła jak spod ziemi i podsunęła Albatrosowi pod nos szklankę wody.
— Oczywiście — rzekła.
— Nie taka — oburzył się Albatros.