— A co to ma znaczyć?! Mieli być przyklejeni!

A na to wszystkie ptaki, poza Mandarynką, zaczęły śpiewać piosenkę o tym, że każdy z nich jest ptakiem-dziwakiem, wolnym jak ptak i całkiem innym niż inni.

— Kwa, kwa, kiwiiii-ki-wiiiiii, kra, kra, kra, keeeaaaaaa! Keaaa!, Kła, kła piiiiiiii, kla kła piiiiii...

— Zabić ich i zjeść!!! Zabić i zjeść!!! — wrzeszczał bez opamiętania Orłosęp, zatykając uszy, bo nie mógł znieść tego, że ptaki śpiewają piosenkę o wolności.

Ale ptaki już się nie bały, śpiewały i tańczyły.

— Dalej Mandarynko, zrywaj swój kombinezon!! Uwolnij się!!!

— Zostawcie mnie w spokoju!

— Keo! Do dzieła! — wrzasnął Orłosęp. — Zabij ich wszystkich! Natychmiast! To rozkaz!

— Nie słucham już twoich rozkazów! I od dzisiaj jestem wegetarianką! No, może jeszcze tylko ciebie trachnę!

Kea wyjęła pistolet na wodę (ale wyglądał jak prawdziwy), a przerażony Orłosęp ot­worzył szeroko oczy. W końcu dotarło do niego, że przegrał, że nic tu po nim i że nie uda mu się zakuć ptaków w żółte kombinezony. Że wolność wygrała, a ptaki zawsze będą wielobarwne i różnorodne. I nikt im tego nie zabierze. Osłosęp nie miał już czego tu szukać. Rozpostarł skrzydła i odleciał, gdzie pieprz rośnie, wygrażając Kei: