Albatros, słysząc to, stanął w balii na baczność, jakby go prąd poraził. Spojrzał poważnym wzrokiem kapitana żeglugi morskiej i wszystkie ptaki też stanęły na baczność, choć przecież nikt im nie kazał.
— Jam Albatros, syn Albatrosa, kuzyn Atosa i Portosa! Nie przynoszę żadnego pecha!
I tylko Mandarynka nie poczuł powagi sytuacji, i zamiast stać na baczność, podskakiwał i wierzgał nogami.
— Eche, już ci wierzę.
Albatros zgromił kaczora wzrokiem. Jego wąsy stały się czerwone ze złości a jedno oko wydało się robić żółte. Kea starała się ratować sytuację.
— Ależ to przesądy. Bujdy na kaczych nogach.
Na to wszystko zbudziła się Kiwi, która chyba tylko udawała, że śpi.
— Żadne bujdy! Przez niego się potknę i wywrócę albo dostanę mandat za przechodzenie przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Zaraz będzie pech!
— Zamiast przechodzić przez jezdnię, wystarczy nad nią przefrunąć — doradziła Kea.
— Przecież ja prawie nie mam skrzydeł — zauważyła Kiwi.