— To przez Albatrosa — burknął Mandarynka.
— Całkiem możliwe — stwierdził Nandu. — Wiadomo, jakie są albatrosy.
— On nie może tu zostać — orzekł Mandarynka. — On jest niebezpieczny poprzez przynoszenie pecha. Kiwi przez niego nie lata.
— Drogie ptaki, wy sobie chyba jaja robicie — odezwał się wreszcie Wrona i spojrzał bystro na towarzystwo.
— Nie przy dzieciach! — oburzył się Nandu i zaczął zatykać swoim stu dzieciom uszy, chociaż jest to bardzo trudne do zrobienia.
Wrona ciągnął dalej:
— Marynarze wierzą, że albatrosy przynoszą im pecha, ale to jest przesąd.
— Wszystko jedno! Niech go pani stąd zabierze!
— Mowy nie ma — kategorycznie ucięła rozmowę Kea.
I na to wszystko Albatros spojrzał rozczarowanym wzrokiem na ptaki, wziął głęboki oddech i zaczął śpiewać smutną piosenkę o tym, jak to wszyscy myślą, że przynosi pecha marynarzom: Kła-kła-kła, piiiii, kła-kła-kła, piiii... Ptaki słuchały, oniemiałe. Nawet Mandarynka przestał skakać jak piłka.