Gdy następnego dnia poszedłem do szkoły, byłem zupełnie nieprzygotowany z języka greckiego, a nau­czyciel historii wypowiedział pod moim adresem kilka ironicznych, kąśliwych uwag, gdyż pomyliłem się co do daty bitwy pod Kannami o kilkaset lat.

*

Byłem na wieczór zaproszony do znajomych, mia­łem jednak jeszcze godzinę czasu. Zdawało mi się, że najlepiej go użyję, jeśli udam się na uliczkę, przy której mieści się cukierenka; przyszedłszy tam stanąłem na chodniku naprzeciw drzwi wejściowych i śledziłem pod osłoną parasola, a również i zapada­jącego mroku, wszystkich wchodzących i wychodzą­cych z cukierni. Byli to przeważnie ludzie z najniższych sfer, poza tym dzieci kupujące łakocie. „Niebezpiecz­nych” ludzi, to jest młodzieńców, nie widziałem ani między wchodzącymi, ani między wychodzącymi; wi­docznie nie przeczuwali, że za ladą siedzi przecudnej urody młoda dziewczyna...

Uspokojony tym spostrzeżeniem, przeszedłem przez środek ulicy na drugą stronę chodnika i starałem się zbadać, czy z zewnątrz można widzieć, co się dzieje w cukierni. Lampy gazowe w obu pokojach były za­palone, ale okna sklepu miały tak gęstą roletę, że nie sposób było nic dojrzeć. Natomiast w firance, opuszczo­nej w oknie izdebki obok sklepu, była dość szeroka szpara. Zbliżyłem głowę do samego okna; przy­znaję, że w tej chwili wstydziłem się mej roli szpiega, ciekawość jednak przemogła.

I oto widzę: w tym samym kącie co wczoraj sie­dzi mój Sebastian przed pustym talerzem, oblężonym przez roje much; wzrok jego błądzi po brudnych ta­petach ścian. Dziwne uczucia mną owładnęły w tej chwili: na poły zazdrość, na poły satysfakcja, że je­szcze zaloty jego nie wyszły poza to stadium, w jakim były wczoraj. W chwilę potem wstał z kanapy i wziął do ręki kapelusz. Cofnąłem się ze swego posterunku i jak złodziej, którego omal nie przychwycono na go­rącym uczynku, uciekłem.

Wieczorem w towarzystwie byłem weselszy niż zwykle, umizgałem się z nonszalancją siedemnasto­letniego światowca do obu panien, dałem się nawet nakłonić do odczytania najnowszych moich wierszy i wypiłem kilka kieliszków mocnego wina węgierskiego, przez co nie stałem się ani trochę skromniejszy i mądrzejszy. O godzinie dziesiątej pożegnałem się pod pozorem, że mam jeszcze spotkanie z jednym z moich przyjaciół; zdawało mi się, że taka pora jest właściwa dla młodego poety, zbierającego wrażenia w „nocnych lokalach”. Gdyby wiedziano, że właściwie miałem jesz­cze przepisać na czysto zadanie matematyczne — cały nimb byłby się niechybnie rozwiał...

Faktycznie też nie przepisałem na czysto tego nie­szczęsnego zadania matematycznego! Noc była prze­cudna, powietrze po długim deszczu tak czyste jak serce ludzkie pogodzone dopiero co ze starym wro­giem (mimo woli wpadam znowu w ton liryczny owych czasów)... Mimo późnej nocy przechadzały się po ulicach kobiety i dziewczęta bez kapeluszy i chu­stek, skuszone pogodną nocą, poświatą księżyca, roz­iskrzonym gwiazdami niebem — opuściły swe mie­szkania, by po pracy dnia używać rozkoszy prze­chadzki. Niemal wszystkie okna były otwarte; dolatywał z nich silny zapach kwiatów doniczkowych; tu i ówdzie słychać było dźwięki fortepianu lub piękny głos kobiecy wyśpiewujący jakąś arię.

Jak to się stało, nie wiem, ale nagle znalazłem się przed cukiernią i nie zastanawiając się wcale, otworzyłem drzwi.

Gdy wszedłem, Lotka podniosła głowę znad lady. Leżała na niej jakaś książka.

— Przepraszam, że przeszkadzam — rzekłem. — Zaraz sobie pójdę. Przechodziłem właśnie tą ulicą, a że noc taka piękna... nie widziałem pani od wczoraj... Czy mogę prosić o szklankę wina, panno Lotko?