Westchnął głęboko. Uważał mnie — sam nie wiem dlaczego — za wielkiego znawcę kobiet; użyłem też, wypowiadając swe poglądy, wyrazu „niewiasta”, co brzmi niemal mistycznie, gdy się ma siedemnaście lat.

— Nie mogę zaprzeczyć — mówiłem dalej — że ta milcząca osóbka jest śliczna. Ale ostrzegam cię przed nią, Bastel! Wierz mi, ona nie ma serca...

— Sądzisz więc... — przerwał i spojrzał na mnie przerażony.

— Sądzę, że albo nigdy nie miała serca, albo ska­mieniało w jej piersi. Bo czyżby mogła zachować się tak zimno wobec moich słów? Ta niewiasta ma prze­szłość, powiadam ci, ale nie ma przyszłości.

Aforyzm ten, bezmyślnie przeze mnie wygłoszony, wywarł na mego towarzysza niespodziewane wrażenie. Zatrząsł się, jakby ukąszony przez węża, i rzekł:

— Sądzisz więc, że ona... że nie jest... jednym słowem: wątpisz w jej cnotę?

Zrozumiałem, że rozpętałem burzę.

— Spokoju, mój drogi — rzekłem i objąłem go ra­mieniem. — Chodźmy, po co się irytować? Jak już powiedziałem: jest kobietą, a więc zagadką. Co się tyczy jej charakteru, nie mam żadnych podstaw, by się o nim ujemnie wyrażać. Chciałem tylko powie­dzieć: zważ, zanim wdasz się w przygodę, z której nie przewiduję nic dobrego. Bo ona doprawdy nie wy­gląda tak, aby łatwo wypuściła tego, kogo zdoła usid­lić. Jeśli chcesz, będę ją bacznie obserwował; obiecuję ci pomoc, jaką przyjaciel świadczyć winien przyja­cielowi.

Właśnie doszliśmy do rogu ciemnej, pustej ulicy. Nagle ucałował mnie, potem silnie uścisnął moją rę­kę — i szybko się oddalił. Po chwili znikł w mrokach nocy.

Powoli wracałem do domu; wciąż myślałem o tym dziwnym zjawisku w obskurnej cukierence. Przy kolacji zachowywałem się tak dziwnie, że matka mo­ja zaniepokoiła się, dotknęła mego czoła, by się prze­konać, czy nie mam gorączki, i kazała mi się wcześniej niż zwykle położyć do łóżka.