Nasza sytuacja stawała się coraz przykrzejsza.

Placki były już dawno zjedzone, szklankę wina wy­chyliłem jednym haustem; siedziałem na kanapce, podniecony i zmieszany obojętnością dziewczyny, i wpatrywałem się w muchy łażące po gładkich ścianach szklanki i upijające się ciemnymi kroplami wina.

Sebastian siedział w milczeniu jak indyjski fakir...

— Chodźże, milczku — rzekłem. — Zapłacimy za ciastka i wino i wyjdziemy na świeże powietrze. Cięż­ko mi tu oddychać. Trzeba być chyba muchą, by wytrzymać w tym zaduchu.

— Do widzenia, piękna pani — rzekłem, stając przed ladą. — Spodziewam się, że innym razem będzie pani mniej zajęta i bardziej skora do rozmowy.

Byłbym może wygłosił dłuższą przemowę, ale spoj­rzała na mnie wzrokiem wyrażającym kompletny brak zainteresowania tym, co mówię, więc złożywszy głęboki ukłon czym prędzej opuściłem cukiernię. Sebastian wyszedł za mną; nie odważył się nawet spoj­rzeć na dziewczynę za ladą.

— A więc? — zapytał, gdy znaleźliśmy się na ci­chej, już zupełnie ciemnej uliczce. — Co powiesz?

— Wino było niezłe, ale placek wyglądał fatalnie. Nie pojmuję, jak mogłeś przełknąć swoją porcję, a potem i moją. Mam podejrzenie, że w tej cukierni sprzedaje się stare ciastka, które przedtem odleżały się przez kilka dni w jakimś wielkim śródmiejskim lokalu.

— Co mnie to obchodzi? — mruknął. — Nie o to pytałem. Chciałbym wiedzieć, co powiesz o niej...

— Drogi przyjacielu — rzekłem, przyjmując ton nie­mal ojcowski. — Cóż powiedzieć o dziewczynie, która może oddychać w takim powietrzu! Wiesz przecież, że niewiasta jest istotą zagadkową...