— Jak pani na imię, jeśli wolno zapytać? — starałem się nawiązać rozmowę, widząc, że mój przyjaciel nie ma odwagi spojrzeć na dziewczynę i pochylony nad stołem z niezwykłą gorliwością zajada placek z czereśniami.
— Lotka — odparła i nie spojrzawszy nawet na mnie wyszła do sklepu.
— Czy byłaby pani łaskawa przynieść szklankę czerwonego wina? — rzekłem głośno, by dosłyszała w sąsiednim pokoju.
— Natychmiast! — odparła.
Sebastian począł studiować ogłoszenia na ostatniej stronie dziennika, jakby szukał tam uczciwej znalazczyni swego zagubionego serca. Ja przeglądałem pismo ilustrowane. Ani słowo nie padło między nami.
Po trzech minutach weszła znowu, niosąc na talerzu szklankę z ciemnoczerwonym winem. Nie mogłem odwrócić spojrzenia od jej białych przecudnych rąk; czułem, że bije mi serce; wreszcie zdobyłem się znowu na odwagę przemówienia do niej.
— Czy nie chciałaby pani przysiąść się do nas? Proszą usiąść na kanapie, ja przyniosę sobie krzesło ze sklepu.
— Dziękuję panu — rzekła z niemal obrażającą obojętnością. — Moje miejsce jest tam, w sklepie.
— Proszę chwilę tu zostać... — prosiłem i dotknąłem jej ręki, którą natychmiast cofnęła. — Te gazety są strasznie nudne. Pozwoli pani, że się przedstawimy. Mój przyjaciel, pan...
W tej chwili otwarły się drzwi sklepu. Weszła mała dziewczynka trzymając w rączce kilka miedziaków, za które chciała kupić łakoci. Lotka skorzystała z tej sposobności, by uniknąć zaznajomienia się z nami, a gdy wręczyła dziecku torebkę z cukierkami, zasiadła znowu z robótką za ladą.