— ...tam zastałeś ją, zajadającą ciastka z kremem. A że sam przepadasz za ciastkami, od razu się w niej zakochałeś. Dla słodkiej słodycze... Gratuluję, mój dro­gi. Ale czy doszedłeś już z nią do porozumienia, tak że możesz liczyć, iż ją tam znowu spotkasz?

Nie odpowiadał. Widocznie uraził go mój ironicz­ny ton. Żal mi się go zrobiło, ale mimo to tonu nie zmieniłem. Wtedy jeszcze akordami „mol” posługiwa­łem się jedynie w wierszach lirycznych; w rozmowach używałem tylko tonacji „dur”, zimnej, ironicznej.

Przez czas jakiś w milczeniu szliśmy ulicami, gdy nagle Bastel skręcił w jedną z uliczek podmiejskich. Stały tam wtedy jeszcze małe, jednopiętrowe domki, nieliczne tylko sklepy, ruch uliczny mało ożywiony, turkot dorożki stanowił taką rzadkość, że zaciekawione kobiety podchodziły do okien, a bawiące się na jezdni dzieci uciekały w popłochu.

Prawie na końcu tej uliczki zatrzymaliśmy się przed domkiem pomalowanym na zielono; nad szklanymi drzwiami widniała brudna, ciemna tablica, na której złoconymi, mocno już rdzawymi literami umieszczony był napis: „Cukiernia”. Na prawo i lewo widać było okna przesłonięte szczelnie starymi ciemnobrunatny­mi firankami. Drzwi wejściowe chyba od dziesięciu lat nie były myte; pokrywała je gruba warstwa kurzu.

Byłem niezmiernie zdziwiony, gdy Sebastian Bastel zatrzymał się przed tym domkiem i ujął za klamkę; nie chcąc go jednak znowu urazić, milczałem i z nie­małym napięciem i ciekawością podążyłem za nim do środka „cukierni”.

Wewnątrz panowała słodka, duszna atmosfera (w innych okolicznościach byłbym natychmiast wybiegł z tego lokalu); czuć było zjełczałe masło i zapach soku malinowego pomieszany z wyziewami wanilii i taniej czekolady; chyba tylko namiętny zwolennik ciastek lub człowiek zakochany mógł tu wytrzy­mać. Izba była poza tym niska, a wietrzenie odby­wało się chyba tylko wtedy, gdy ktoś z wchodzących otwierał drzwi.

Niebawem pojąłem, co skusiło mego przyjaciela do odwiedzenia tego obskurnego lokalu. Za niską ladą, na której umieszczone były w bardzo skąpym doborze i z wyglądu niezbyt zachęcające ciastka — siedziała młoda dziewczyna w zwykłej perkalowej sukni; gęste, czarne włosy miała gładko zaczesane i nad szyją ob­cięte; w ręku trzymała robótkę, którą dopiero wtedy odłożyła, gdy przystąpiliśmy do lady i zamówiliśmy dwa kawałki placka z czereśniami.

Mój przyjaciel, który ani słowem się nie oderwał, a nawet nie miał odwagi spojrzeć na dziewczynę, udał się do sąsiadującej ze sklepem izdebki; był to malutki pokoik, o jednym oknie; przy ścianie stała wypło­wiała kanapa, a przed nią okrągły stół, na którym leżał jeden dziennik i jedno pismo ilustrowane; miało to upozorować „czytelnię” tej „cukierni”. Na ścianie wisiało niewielkie lustro, gęsto upstrzone śladami much; po obu jego stronach dwa landszafty36, a w ką­cie brązową farbą pociągnięte popiersie, wyobrażające jakiegoś cesarza czy wodza (na to przynajmniej wska­zywały liczne ordery).

Sebastian szybkim, nerwowym ruchem opadł na jeden kąt kanapy, ja zająłem miejsce w drugim ką­cie — gdy weszła dziewczyna z dwoma talerzykami, na których leżały dwa kawałki placka z czereśniami. Postawiwszy talerze na stole zajęła się zapalaniem lampy gazowej (już mrok zapadł i trudno byłoby czytać bez światła); mogłem tedy lepiej się jej przy­patrzyć. Postać jej, niezbyt duża, była harmonijna i odznaczała się tak idealną smukłością, że oko z za­chwytem śledziło każdy jej ruch. Nogi miała drobne jak u dziesięcioletniego dziecka; białe paluszki jej rąk tak delikatne, jakby zawsze tylko spoczywały na jed­wabnym fartuszku. Wszystko, co na sobie miała, od­znaczało się niezwykłą czystością; śnieżnobiały kołnie­rzyk i fartuszek stanowiły silny kontrast z poplamio­ną tapetą, wypełzłym Obiciem mebli i całą szpetotą otoczenia.

Powinienem zrobić również próbę naszkicowania jej twarzy; nie zdołałbym jednak tego uczynić. Nie dla­tego, iżby jej rysy były tak nieporównanie piękne, by ich zgoła nie można było opisać. Ale dlatego, że twarz jej tchnęła jakimś uduchowieniem, z którego na razie nie mogłem sobie zdać należycie sprawy: głęboka zaduma, wyraz to zalękniony, to groźny, słowem, twarz, w której trudno rozeznałby się dojrzały mężczyzna, a cóż dopiero siedemnastoletni chłopak.