— Chodźmy stąd do jakiejś bramy. Mówisz tak gło­śno, że ludzie zaczynają zwracać uwagę. Widzisz, że miałem rację, i dziwiłbym się, gdyby było inaczej. Ale pojmiesz, że to niemożliwe. Jeden z nas musi ustąpić.

— Tak jest — rzekłem i usiłowałem przybrać mi­nę twardą i wrogą. — Jeden z nas musi ustąpić. Nie wiem tylko, dlaczego właśnie ja... Czyżby dlatego, że jestem młodszy?... dwa lata chyba nie stanowią różni­cy... zresztą za rok będę studentem uniwersytetu, tak samo jak ty.

Zaledwo te słowa wypowiedziałem, począłem ich ża­łować. Przemknęło mi po głowie: jesteś bez serca, a w dodatku samochwał! Toteż starając się zatrzeć wrażenie poprzednich słów, rzekłem szybko:

— Nie o to chodzi, kto z nas ma mieć pierwszeń­stwo, lecz o to, kogo ona wybierze. Na razie mamy obaj równie małe szanse...

— To prawda — odparł. — Mimo to nie mogę się z tym pogodzić, by z tobą rywalizować... a zresztą: je­steś wymowniejszy, odważniejszy... z góry byłbym pewny przegranej, gdybyśmy obaj przed nią nasze uczucia... wiesz przecież, co chcę powiedzieć...

— Jeśli tak się rzecz ma — rzekłem — jeśli nie masz odwagi, to jest to tylko dowód, że nie jesteś tak bardzo zakochany, jak ci się zdaje. Spędziłem bezsen­ną noc, zmarnowałem dziś cały dzień, sądzę więc...

Nie mogłem dokończyć zdania. Bladość, jaką pokryła się jego dobroduszna twarz, świadczyła, że o wiele głę­biej przejmuje się tą naszą rozmową niż ja. Zrozu­miałem znowu, jak bliski jest mi ten człowiek.

— Słuchaj — rzekłem — tak nie dojdziemy do ża­dnego rezultatu. Dobrowolnie, sądzę, żaden z nas nie ustąpi. Niech więc rozstrzygnie los.

— Los?

— Albo przypadek, jeśli wolisz. Rzucam tę dziesięciogroszówkę na ziemię. Jeśli na górze będzie orzeł, ty zwyciężyłeś, jeśli reszka...38