Szybko wybiegłem i dogoniłem go. Musiałem siłą go zatrzymać, gdyż gwałtem chciał mi się wyrwać.
— Słuchaj — rzekłem — powziąłem inną decyzję. Musisz mnie wysłuchać, jeśli mam uwierzyć, że byłeś kiedyś szczerze moim przyjacielem. Przysięgam, Bastel, przysięgam uroczyście, że odstępuję ci ją. Zrzekam się jej raz na zawsze. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę z krzywdy, jaką chciałem ci wyrządzić. Ja sobie jakoś dam radę... wiesz przecież, że się nie umiera, gdy nie wszystkie marzenia się spełniają... Podaj mi rękę, Sebastianie, i nie mówmy o tym więcej!
Rzucił mi się na szyję; w tej chwili wydałem się sobie samemu wcieleniem szlachetności, miałem wrażenie, jakbym wyrzekł się tronu na rzecz kuzyna z „bocznej linii”.
Szliśmy ramię w ramię, przejęci głęboką idealną zgodą, jaka między nami zapanowała.
Uparłem się, by odprowadzić go do drzwi cukierni. Chciałem pokazać, że ofiara nie jest ponad moje siły.
— Życzę ci szczęścia — rzekłem, gdy ujął klamkę, i starałem się przybrać najbardziej pogodny wyraz twarzy.
Potem opuściłem go, dumny, że cnota i przyjaźń odniosła triumf, że zdobyłem się na taki heroizm.
Przespałem noc tak dobrze, że nazajutrz wstydziłem się niemal, iż nawet nie śniłem o odstąpionej przyjacielowi bogdance. A więc tak szybko, nie zostawiając nawet iskier, zgasł płomień tej „nowej miłości”? Nie chciałem wyznać tego przed sobą, by nie umniejszać we własnych oczach ciężaru „tragicznego konfliktu”, właśnie tak bohatersko przebytego.
A że była właśnie niedziela i nie musiałem pójść do szkoły, popełniłem na temat wczorajszych zajść... wiersz liryczny.
*