Przez najbliższych czternaście dni spotykałem szczę­śliwego rywala tylko przygodnie i przelotnie. Z wiel­ką subtelnością, którą u niego bardzo ceniłem, unikał codziennego przychodzenia do mnie; gdy spotkaliśmy się na ulicy, wymienialiśmy kilka obojętnych słów i szybko żegnaliśmy się uściskiem dłoni.

Gdy jednak zaczął się trzeci tydzień, postanowiłem położyć kres stanowi niepewności i zaspokoić swą cie­kawość. Mieliśmy wakacje, dzień za dniem wlókł się monotonnie i nudnie, panowały wielkie upały, zniechęcające zarówno do pracy, jak i dalszych spacerów. Teraz dopiero odczułem, że stałe wizyty mego przy­jaciela stały się dla mnie niemal potrzebą, i zacząłem coraz bardziej za nim tęsknić.

Postanowiłem więc odszukać go.

Mieszkał daleko ode mnie, na przedmieściu, u jakiegoś krawca, gdzie zajmował mały, ciemny pokoik. Gdy wszedłem, krzyknął radośnie, ujął moją dłoń w obie ręce i serdecznie i długo nią potrząsał. Potem zmusił mnie, bym usiadł na twardej otomanie, służącej mu za łóżko — uraczył mnie papierosem i szklanką piwa, które przyniosła na jego prośbę żona krawca z pobliskiego szynku.

Z początku wedle zwyczaju milczeliśmy, często tylko spoglądaliśmy na siebie i uśmiechaliśmy się, radzi ser­decznie z tego spotkania.

— Sebastianie — rzekłem wreszcie, otaczając się możliwie najgęstszymi kłębami dymu — muszę ci wy­znać: co się tyczy owej wiadomej sprawy, nie krępuj się wcale... Rana, którą mi zadały owe oczy (styl liry­czny siedemnastoletniego poety! )... albo nie była tak głęboka, jak mi się początkowo zdawało, albo też dłuż­sze rozstanie zdziałało cuda. Słowem: jestem uleczo­ny, a jeśli ty byłeś przez te ostatnie tygodnie szczęśli­wy, wierz mi, będę się szczerze, bez wszelkiej zazdrości radował...

Spojrzał na mnie błyszczącymi oczyma.

— Czy to prawda? — rzekł. — Kamień spada mi z serca. Sto razy czyniłem sobie najcięższe wyrzuty, że przyjąłem twą ofiarę; najlepsze chwile zatruwa mi myśl, że ciebie ich pozbawiłem. Nie wiem oczywiście, czy ty byłbyś zadowolony z tego, co mnie już wpra­wia w stan błogiego uszczęśliwienia... Jakże to pięknie, że zdołałeś opanować swe uczucia!

Uścisnął mi znowu mocno rękę; radość jego była tak wzruszająca, że wydałem się sobie samemu kome­diantem, sztucznie rozdymającym fantasmagorie do szczytnej roli uczuć.

Teraz zaczął mi dokładnie opowiadać o tym, co w tych dwóch tygodniach zaszło. Zaiste: musiała to być głęboka miłość, a poza tym nie lada skromność, by się kontentować tymi nikłymi sukcesami, jakie zdołał dotychczas osiągnąć poczciwy Sebastian! Co wieczora przychodził do cukierenki i przeszło godzinę przesiadywał w małej izdebce. Widocznie ten cichy, pokorny hołd wzruszył dziewczynę, gdyż wreszcie zdecydowała się na to, by usiąść naprzeciw niego i po­gawędzić przez kilka chwil. Pewnego razu nawet, gdy się o kilka godzin spóźnił, powitała go z widocznym niepokojom i przyznała, że dziwiła się jego nieobecności. „Już się przyzwyczaiłam — rzekła — że mogę z pa­nem porozmawiać, gdyż nie mam nikogo, kto by się mną w ogóle interesował...” Tu przerwała, widocznie spłoszona wybuchem jego radości, może nazbyt żywo objawionym. Opowiedział jej wszystko, co się tyczyło jego życia, stosunków, planów. Ona natomiast ani sło­wem nigdy nie wspomniała o sobie, o swej rodzinie, swej przeszłości, raz tylko powiedziała, że chciałaby bardzo wydostać się z tego środowiska i najchętniej wybrałaby się gdzieś w dalekie kraje. Od roku robi oszczędności, by zebrać na koszta podróży, uczy się też języka francuskiego i angielskiego, by przy pier­wszej sposobności ruszyć w świat.