— Gdybyś mógł ją widzieć — zakończył Sebastian swą relację — gdybyś mógł, Pawle, słyszeć, z jakim smutkiem i rezygnacją ona to opowiada, i ty przysiągł­byś, że nigdy zła myśl w jej mózgu nie powstała, że jest tak czysta i niewinna jak anioł; jestem też zde­cydowany wytężyć swe siły, by uczynić ją szczęśliwą.

— Więc na serio myślisz o poślubieniu jej?

— Czy możesz w to wątpić? Oczywiście, jeśli ona mnie zechce. Że mam uczciwe zamiary, wyraźnie da­łem jej do poznania, chociaż... co ludzie zwą formalnie oświadczynami... wiesz, że nie mam odpowiedniej swa­dy ani daru poetyckiego... Zresztą nie mam się czego śpieszyć. Jeszcze długo potrwa, zanim będzie mogła porzucić swą obecną posadę, a ja, gdybym nawet był bardzo pilny, czyż przed czterema, pięcio­ma laty...

— Cztery lata? Albo pięć? Zaledwo zdołałbyś wte­dy otrzymać absolutorium prawa.

— Nie, nie mam zamiaru kończyć studiów prawni­czych. Sądzę, że łatwiej i prędzej muzyka da mi jakieś stanowisko. W najgorszym razie, gdybym widział, że jako kompozytor mam wielkie trudności, próbowałbym szczęścia w Ameryce i wyemigrowałbym z nią...

Patrzyłem na niego z podziwem. Nagle wydał mi się o dziesięć lat starszy; pomyślałem, że ja nie umiał­bym powziąć tak stanowczych i daleko sięgających planów.

— A ona? — zapytałem — czy zgodziłaby się na to?

— Nie wiem... — odparł i zamyślił się na chwilę. — Jeszcze nie mogłem jej o to zapytać. Raz tylko mówi­liśmy z sobą o małżeństwie. Bardzo stanowczym gło­sem oświadczyła, że nigdy nie wyjdzie za mąż. „Nawet wtedy, gdyby się trafił ktoś bardzo odpowiedni?” — zapytałem. „Właśnie wtedy nie!” — odparła i głęboko westchnęła.

— Komedia! — zawołałem. — Tak mówią wszystkie, a potem stają się doskonałymi żonami.

— Zresztą ona jest o rok starsza, niż myśleliśmy; jest ode mnie młodsza tylko o cztery tygodnie. A pro­pos... miałbym prośbę do ciebie... to znaczy, jeśli mógłbyś...