Właśnie przemyśliwałem nad tym, krocząc pod arka­dami, gdy znowu przyszedł mi z pomocą przypadek. Spotkałem owego klienta naszej firmy, którego dru­giego dnia mego pobytu w Bolonii chciałem odszukać; był niemało zdziwiony, że bawię jeszcze w mieście. Z miejsca znalazłem wymówkę: powiedziałem, że ocze­kuję tu listu szwagra; firma nasza zamierza założyć filię we Włoszech; przede wszystkim wchodzi w grę Bolonia, muszę zatem wyjazd swój odłożyć na czas dłuższy i nawiązać w mieście stosunki, porobić znajo­mości. Wymieniłem prócz innych nazwisk wybitnych rodzin również i generała. Mój klient nie znał go oso­biście. Powiedział mi, że zna go jego kuzyn, młody ksiądz; ten chętnie mnie wprowadzi w dom generała. Radzi mi tylko, bym się miał na baczności przed nie­bezpiecznymi oczyma młodej pani generałowej; wła­śnie teraz pewien młody hrabia uchodzi za jej oficjal­nego adoratora; ma to być bardzo dumny, a przy tym pełen temperamentu młodzieniec; zapewne nie ścierpiałby nowego pretendenta...

Tego samego wieczora poznałem w kawiarni owego młodego księdza i natychmiast poszedłem z nim w od­wiedziny do generała. Mieszkał w cichej uliczce, w niepozornym zewnętrznie, ale wewnątrz z wielkim przepychem urządzonym pałacyku. Przez pięknie przy­ozdobiony przedsionek weszliśmy do sali, w której co wieczór zbierali się liczni goście: prałaci, wojskowi, patrycjusze miejscy; zawsze tylko mężczyźni.

Gdy wszedłem, ujrzałem generała siedzącego w fo­telu naprzeciw starego kanonika; między nimi był sto­lik marmurowy, na którym klekotały kamienie domi­na. Na taborecie obok generała leżały arkusze, na któ­rych wymalowani byli żołnierze, obok znajdowały się nożyczki, którymi zwykł był wycinać figurki, gdy nie było nikogo, kto by z nim zagrał w domino. Znowu uderzyło mnie niezwykłe podobieństwo między ojcem a córką.

Wymieniłem z nim tylko kilka zdawkowych uprzej­mości, po czym zostałem wprowadzony do małego ga­binetu, gdzie na otomanie siedziała pani domu; naprze­ciw niej na krześle młody, wyelegantowany młodzie­niec. Od razu poznać było, że są nieco znudzeni tym sam na sam. On przerzucał kartki w albumie, który trzymał na kolanach, ona haftowała jakąś pstrą poduszkę; od czasu do czasu głaskała końcem swego pan­tofelka z pstrego brokatu sierść wielkiego kota leżą­cego na dywanie obok jej nóg. W pokoju panował pół­mrok, toteż nie poznałem w niej od razu kobiety, z którą miałem tak dziwne spotkanie w kościele. Ona widocznie poznała mnie od razu, zerwała się bowiem na mój widok z otomany tak szybko, że grzebień wy­padł jej z włosów. Kot obudził się i zaczął mruczeć; młodzieniec spojrzał na mnie wyzywająco; poznawszy wreszcie w pani domu kobietę, którą już spotka­łem podczas mszy, byłem tak zdziwiony, że straciłem pewność siebie; słowa z gardła dobyć nie mogłem. Na szczęście mój księżulo zastąpił mnie, wszczynając z pię­kną damą rozmowę. A ona wciąż mierzyła mnie wzro­kiem tak samo przenikliwym i badawczym jak wczoraj w kościele. Dopiero gdy spostrzegła, że młody hrabia, którego zastaliśmy w jej buduarze, zupełnie mnie igno­ruje, twarz jej ożywiła się. Cichym, przymilnym głosem zaprosiła mnie, bym usiadł obok niej na otomanie.

— Hrabio — rzekła — niech pan tymczasem przej­rzy nuty, które przysłano mi z Florencji. Zaśpiewam potem, a pan będzie mi akompaniował.

Wtedy „lew” rzucił mi groźne spojrzenie, ale natych­miast opuścił buduar i niebawem usłyszałem pierwsze akordy wygrywane na fortepianie w sąsiednim pokoju.

Mojemu księżulkowi piękna dama poleciła, by roz­ciął — także w sąsiednim pokoju — kilka tomów ro­mansu, również świeżo z Florencji przysłanego.

Pozostałem więc sam. Bóg świadkiem, że zazdrości­łem tamtym panom, zwłaszcza kanonikowi przy mar­murowym stoliku. Od pierwszego słowa, które z tą kobietą zamieniłem, czułem do niej coraz silniej­szą antypatię; uczucie to wzmagało się, im bardziej ona starała się mnie pozyskać. Musiałem wprost wy­silać się, by zachować choćby pozory taktu i notować w pamięci to, co mówiła: wszystkie bowiem myśli moje były tam, w willi, w parku ogrodzonym murowanym parkanem; poprzez gładkie słówka siedzącej obok mnie kobiety słyszałem łagodny głos mej umiłowanej i wi­działem jej oczy wpatrujące się we mnie ze smutkiem...

Mimo to piękna generałowa była widocznie wcale zadowolona z tej pierwszej ze mną rozmowy. Prawdo­podobnie zupełnie opacznie tłumaczyła sobie moją nieśmiałość i rezerwę; fakt, że w ogóle wystarałem się o to, by zostać wprowadzony do jej domu, interpreto­wała sobie zapewne na swoją korzyść. Chwaliła moją włoską wymowę, a dla nabrania wprawy w konwer­sacji radziła, bym co wieczora ją odwiedzał.

— Proszę o to — mówiła. — Chciałabym, by się pan tu czuł dobrze. Moje życie zaczyna się dopiero wieczorem... Jest pan taki młody i nie wiem, czy roz­mowa z melancholijną, przedwcześnie postarzałą ko­bietą sprawi panu przyjemność... Jest pan taki podo­bny do mego brata, którego tak kochałam, a niestety w młodym wieku straciłam. Podobieństwo uderzyło mnie już w kościele... Dlatego też dziękuję panu ser­decznie, żeś raczył mnie odwiedzić...