Po tych słowach uśmiechnęła się i podała mi rękę, którą zbliżyłem oczywiście na moment do mych ust.

— Jestem pewna, że będziemy przyjaciółmi... — rzekła szeptem.

Na szczęście nowi goście weszli w tej chwili do sali; pojawił się też znowu młody hrabia. Niebawem wszy­scy wyszliśmy do sali, w której stał fortepian. Przy akompaniamencie swego cicisbea5 odśpiewała kil­ka pieśni. Zauważyłem, że kilkakrotnie spojrzała w stronę, gdzie stałem oparty o ścianę. Przysłuchi­wałem się jej dźwięcznym, wspaniale wyuczonym trelom, ale myślałem wciąż o młodym, subtelnym głosie, który słyszałem tam, za miastem, w dworku otoczonym drzewami granatowymi.

Weszli lokaje i na srebrnych tacach obnosili sorbety i lody. Pojawił się generał, wsparty na lasce, i opo­wiadał, że wygrał z rzędu sześć partii; zapytał mnie, czy też gram. Gdy powiedziałem, że chętnie grywam w domino, zaprosił mnie, bym następnego wieczora był jego partnerem. Potem wezwał kamerdynera, gdyż nadszedł czas, w którym zwykle szedł spać. Był to sygnał dla gości, by się pożegnali.

Nazajutrz, również w godzinach popołudniowych, wybrałem się znowu w stronę willi. Wprawdzie zabroniono mi przestąpić próg domu — ale przecież wolno zajrzeć przez sztaby bramy żelaznej... A nuż dojrzę choćby wstążkę jej kapelusza... I oto: zastaję ją na balkonie, samą, wpatrzoną w gościniec, jakby mnie oczekiwała... Zrobiła znak ręką, bym się zatrzymał u bramy, sama zaś opuściła balkon, by się za chwilę pojawić na pokrytej żwirem drodze wio­dącej od willi do bramy. Twarz jej promieniała ra­dością. Podała mi rękę poprzez sztaby. Gdy zapyta­łem, czy muszę zostać za bramą, położyła rękę na sercu i rzekła:

— Tak, ale jesteś tu!

Począłem opowiadać o wczorajszej wizycie u jej rodziców. Gdy serdecznie wyraziłem się o jej biednym ojcu, chwyciła moją rękę i ucałowała ją, zanim zdoła­łem temu zapobiec. O macosze nie wspomniałem oczy­wiście; sądzę, że zrozumiała moje milczenie.

— Pójdź tam znowu — rzekła — i staraj się przypo­dobać memu ojcu. Jestem pewna, że cię polubi. A te­raz... żegnaj... nie możemy się tu widywać...

Oczywiście punktualnie stawiłem się wieczorem u ge­nerała, który natychmiast zasiadł ze mną do gry. Przy­szło dziś mniej osób w odwiedziny niż wczoraj. Stary kanonik usiadł koło okna, a że go zluzowałem przy dominie, zasnął smacznie w fotelu. Tym razem gene­rałowa znajdowała się również w pokoju męża: sie­działa na kanapie niedaleko naszego stolika; młody lowelas, widocznie w cierpkim humorze, naprzeciw niej. Dała mu do ręki jakiś romans, z którego musiał odczytywać na głos całe ustępy. Wreszcie cisnął książ­kę na kanapę, mruknąwszy jakieś przekleństwo. Generałowa wstała i skinęła palcem, by wyszedł za nią do sąsiedniego pokoju, skąd doleciały niebawem echa ożywionej rozmowy. Słyszałem, że zagroziła mu zaka­zem bywania w jej domu, jeśli nie zmieni swego zachowania. Stary generał przerwał na chwilę grę, przy­słuchiwał się swarom w sąsiednim pokoju, potem głę­boko westchnął... Kanonik obudził się, zażył tabaki i podał staremu tabakierkę. Teraz generał począł zno­wu grać i niebawem ożywił się; zapomniał widocznie o scenie, która rozegrała się tuż obok.

Gdy się żegnałem, poprosił, bym go znowu odwie­dził, gdyż chętniej gra ze mną niż z kanonikiem. Pani domu była przy pożegnaniu o wiele chłodniejsza niż wczoraj; miałem wrażenie, że udawała obojętność ze względu na hrabiego, z którym tymczasem się prze­prosiła.