Nie myliłem się. Następnego wieczora bowiem nie zastałem u niej młodego hrabiego; ponoć wyjechał na jeden dzień do krewnych; natomiast generałowa podwoiła wysiłek, by mnie skaptować. Zacząłem grać rolę niewiniątka nie rozumiejącego zgoła, o co chodzi; widziałem jednak, że mi nie wierzy. Wszyscy obecni mogli oczywiście doskonale zauważyć jej intencje, gdyż zachowywała się zupełnie bez żenady i niczym się nie krępowała, ani obecnością męża, ani kanonika. Zrozumiałem, że nie wolno mi ani dnia dłużej zwlekać, że muszę ojcu Bicetty najszybciej wyznać moje zamiary.
Nazajutrz wieczorem, gdy znowu wróciłem od generałostwa do hotelu, przybył do mnie młody hrabia. Oświadczył, że daje mi do wyboru: albo zaprzestanę bywania w domu generała, albo narażę się na poważne starcie z nim, jako przyjacielem pani domu.
Odparłem, że proszę go, by przeczekał dwadzieścia cztery godziny; po ich upływie przekona się, że nie jestem bynajmniej jego rywalem. Spojrzał na mnie wielce zdziwiony; ponieważ jednak nie otrzymał żadnych dalszych wyjaśnień, pożegnał się zimno i wyszedł.
Następnego dnia wczesnym rankiem — wiedziałem, że generał wstaje o świcie — kazałem się u niego zameldować. Zastałem go w sypialni, z wielką przyjemnością wciągającego dym z długiej tureckiej fajki. Na mój widok ucieszył się, podał mi serdecznie dłoń do uścisku i pochwalił mój zamiar odwiedzania go również i w godzinach porannych.
Gdy tylko wspomniałem o córce, wyraz jego twarzy zmienił się zupełnie. Spoważniał dziwnie; czoło pokryło się bruzdami; widać było, że starzec usiłuje skupić się i nie uronić ani słowa z tego, co mówię. A nie zataiłem przed nim niczego od chwili naszego pierwszego spotkania po dzień dzisiejszy. Gdy mówiłem o mojej miłości, oczy jego błyszczały; spoglądał ku niebu z jakimś uroczystym wzruszeniem, uszlachetniającym jego rysy. Opisałem mu potem mój zawód, stosunki majątkowe i rodzinne, oświadczyłem, że gdyby mi powierzył swe dziecko, byłbym gotów pozostać we Włoszech przez kilka lat, by go nie pozbawiać widoku córki.
Ujął moje ręce i potrząsał nimi z taką siłą, jakiej bym zaprawdę nie przypisywał zgrzybiałemu inwalidzie. Potem przyciągnął mnie do siebie i serdecznie ucałował. Następnie poprosił, abym mu pomógł wstać. Gdy przy mej pomocy podniósł się z fotela, rzekł:
— Klejnot mój będzie do ciebie należał, synu mój; dziękuję Panu Bogu, że dożyłem tej chwili. Chodź! Powiem to mojej żonie. Od razu gdy cię ujrzałem, miałem wrażenie, że masz dobre serce. A gdybym miał dziesięć córek, nie życzyłbym sobie dla żadnej lepszego zięcia. Ach, ta Bicetta! Poza plecami papy wystarała się o amanta! Ale takie są one wszystkie. Gdy chodzi o miłość, żadnej nie można ufać...
Potem znowu mnie ucałował, nazwał uwodzicielem, zdrajcą, obłudnikiem — i powiódł mnie do swej żony, której pokoje znajdowały się po drugiej stronie domu.
Do pokoju swej małżonki wszedł oczywiście generał sam. O tak wczesnej porze nie mogłem pojawić się przed obliczem przyszłej teściowej. Nie słyszałem tego, co mówiono za drzwiami. Od czasu do czasu tylko głos starca podnosił się i dolatywały tony tak stanowcze, jakich nigdy jeszcze z ust jego nie słyszałem. Potem znowu długie chwile szeptu; wreszcie drzwi się otwarły i pojawił się generał wyprostowany, pewny siebie, jakby po zwycięskiej bitwie.
— Bicetta będzie twoją — rzekł. — To rzecz postanowiona. Moja żona kazała cię pozdrowić. Początkowo stawiała opór. Mamy kuzyna w Rzymie, młodego chłopaka; przed rokiem, odjeżdżając stąd, powiedział: pilnujcie mi Bicetty, chcę ją poślubić. Ale to był żart, a ja i ty traktujemy sprawę poważnie. Będziesz ją miał, Amadeo! To prawda — rzekł, głęboko wzdychając — niejedno tu w domu nie jest tak, jak być powinno. Gdy się człowiek zestarzeje, wypadają mu cugle z rąk. Ale co się tyczy mojej córki, nikt tu nie ma nic do gadania, tylko ja. Masz moją rękę, że Bicetta będzie twoją. Przyjdź dziś wieczorem, spotkasz ją tu. Uściśnij mnie, synu!