Gdy zjawiłem się wieczorem, zastałem dom oświe­tlony rzęsiściej niż zwykle. Już w przedpokoju ujrza­łem mnóstwo osób, które przypatrywały mi się z cie­kawością. W salonie na zwykłym miejscu siedział ge­nerał, naprzeciw kanonik, ale kamyki domina leżały na marmurowym stoliku nie tknięte. Na kolanach ojca siedziała Bicetta; obejmowała ramieniem jego szyję, jakby w tym środowisku szukała schronienia u swego jedynego przyjaciela. Gdy mnie ujrzała, wstała z ko­lan ojca i stanęła przed nim spokojnie, czekając, aż po­dam jej ramię.

Na otomanie siedziała generałowa w strojnej toalecie, przyozdobiona bardzo bogatą biżuterią; Bicetta nato­miast nie miała na sobie żadnych klejnotów, a tylko we włosy wetkniętą drobniutką gałązkę kwitnącego granatu. Obok generałowej siedział młody hrabia z mi­ną triumfatora; skinął mi głową, a nawet raczył się lekko uśmiechnąć. Generałowa złożyła mi z udaną ży­czliwością życzenia i ucałowała Bicettę w czoło.

Potem wszyscy obecni przystępowali do nas i skła­dali nam życzenia; podziwiałem takt, z jakim moja umiłowana odpowiadała każdemu z osobna. Ojciec przypatrywał się nam uszczęśliwiony, potem zasiadł z kanonikiem do zwykłej partii. Bicetta i ja schronili­śmy się do kąta salonu, w którym znajdowały się dwa fotele. Wkrótce zapomnieliśmy o całym otoczeniu. Z ulicy padało światło latarni. Ale świeciło dość jasno, bym mógł rozkoszować się uśmiechem mej umiłowa­nej...

Później niż zwykle goście opuścili dom. Wypito spo­ro butelek szampana i toastowano na szczęście i po­wodzenie narzeczonych.

Ustaliliśmy termin ślubu na październik, a więc za dwa miesiące. Po kilku dniach zacząłem się niepokoić tym, że nie otrzymuję wcale odpowiedzi na moje do­niesienie o zaręczynach, jakie wysłałem do siostry. Wiedziałem, że ani siostra, ani szwagier nie sprzeci­wią się temu. Milczenie tłumaczyłem sobie albo wy­padkiem choroby, albo innym zmartwieniem, którego chcą mi zaoszczędzić. Wreszcie po trzech tygodniach oczekiwania nadszedł list; napisał go szwagier. Siostra moja po połogu bardzo ciężko zachorowała; dotych­czas stan jej jest taki, iż nie można jej było donieść o mych zaręczynach; lekarz przykazał, by niczym nie mącić jej spokoju. „Jeśli możesz — pisał szwagier — przyjedź tu choćby na kilka dni”.

— Musisz pojechać — rzekła Bicetta, gdy dałem jej do przeczytania ten list. — Jutro musisz wyjechać. Będziesz codziennie pisywał. Ach, gdybym mogła z tobą pojechać! Ale to niemożliwe. Pozdrów siostrę ode mnie, powiedz jej, że ją kocham...

Po tych słowach ucałowała moje usta; był to pier­wszy nasz pocałunek. Nawet wtedy, gdy byliśmy sami i nalegałem, by pozwoliła się pocałować, była nieubła­gana. Teraz, na wiadomość, że wyjeżdżam na czas krótki, z własnej inicjatywy spełniła to, o co ją przez długi czas na próżno prosiłem.

Rozstałem się więc z nią w tej pewności, że zastanę wszystko tak jak w chwili wyjazdu. Stary generał po­żegnał mnie z widocznym smutkiem. Żona jego obja­wiła żywe zainteresowanie stanem zdrowia mojej sio­stry i zdołała mnie tak bardzo omamić, że ilekroć w cią­gu podróży o niej pomyślałem, przepraszałem ją w duchu za to, że ją dawniej krzywdziłem, źle osą­dzając jej charakter.

Część moich bagaży zostawiłem w willi, gdyż tam wprowadziłem się; nazajutrz po zaręczynach stary odźwierny i Nina bardzo troskliwie się mną zaopie­kowali.

Spodziewałem się, że wrócę najwyżej za cztery ty­godnie; możliwe, że sprowadzę z sobą szwagra i sio­strę, by rodzina moja wzięła udział w ceremonii ślu­bnej.