Gdy wróciłem do Szwajcarii, zastałem siostrę w o wiele lepszym stanie, niżli sobie podczas długiej podróży wyobrażałem — Niebezpieczeństwo minęło; ra­dość ujrzenia mnie po długiej rozłące podziałała do­datnio na jej stan psychiczny. Oczywiście mowy być nie mogło, by ruszyła w tak daleką podróż na mój ślub. Również i szwagier nie mógł pojechać; interes nasz rozwinął się tak bardzo, iż równoczesna nie­obecność obu nas była wykluczona. Siostra i szwagier nalegali, bym jak najszybciej wracał do Włoch. Choć bowiem umówiliśmy się z Bicettą, że będziemy mo­żliwie najczęściej do siebie pisywali — ja spełniałem pilnie obietnicę i nie pomijałem żadnej sposobności wysłania listu — jednakże z Włoch nie otrzymałem ani słowa. Przez przeszło tydzień snułem rozmaite przypuszczenia, by wytłumaczyć sobie w sposób na­turalny to milczenie. Ale gdy po czternastu dniach ani od ukochanej, ani od kogokolwiek z Bolonii nie nadszedł znak życia, zacząłem się bardzo niepokoić. Pocieszałem się jeszcze, że chyba nie zaszła żadna nagła katastrofa, byłby mnie o tym powiadomił ów kupiec boloński, z którym pozostawałem w stosunkach handlowych. Ale — myślałem znowu — a nuż nie ma go właśnie w Bolonii? A może zarówno listy Bicetty, jak i jego ulegają konfiskacie?

Musiałem więc wybrać się w drogę, gdyż niepokój mój wzmagał się z każdym dniem. W jakim nastroju, jakimi uczuciami miotany odbyłem długą podróż — nie będę opisywał.

Był wczesny poranek, gdy pocztylion zatrzymał się przed bramą podmiejskiej willi. Wypadłem z powo­zu i zadzwoniłem. Niebaiwem pojawił się stary po­czciwy Fabio. Ujrzawszy mnie przybrał tak strapio­ną minę, że przerażony krzyknąłem:

— Czy ona nie żyje?

Zaprzeczył ruchem głowy i otworzył żelazną bra­mę. Był zmieszany, tak że z trudem i bardzo powoli zdołałem wydobyć zeń prawdę. Chciał widocznie oszczędzić mnie, a w rzeczywistości zadręczał tylko, ociągając się z szczegółową relacją. Co prawda, nie znał wszystkich szczegółów, gdyż Nina opowiedzia­ła mu o wielu rzeczach tylko w ogólnych zary­sach.

Oto — wedle jego słów — zaledwie wyjechałem z Bolonii, pojawił się ów kuzyn bawiący dotychczas w Rzymie, a roszczący sobie prawo do ręki mej na­rzeczonej. Czy go wezwano, czy też byłby się zja­wił, gdybym nie był wyjechał — nie wiadomo!

— Bardzo to mizerna figurka ten kuzyn — mówił Fabio. — Rozpusta, awanturki, karty i miłostki sprawiły, że ledwo trzyma się na nogach. Ale że po­chodzi ze starej szlachty i jest siostrzeńcem kardyna­ła, uważany jest wciąż jeszcze za dobrą partię. Bi­cetta nigdy go ścierpieć nie mogła. Przypominam so­bie, że tu, w ogrodzie, przed trzema laty wymierzyła mu siarczysty policzek, gdy ośmielił się pocałować swą kuzynkę. Roześmiał się wtedy głośno i przysiągł, że zemści się, gdy Bicetta będzie jego żoną. A mo­żliwe, że spełni swą groźbę... Ma po swej stronie macochę dziewczyny. Stary generał nie ma odwagi sprzeciwić się... Na widok Bicetty stary płacze jak dziecko... Przestał mówić ze swą żoną, gdyż ona jest winna wszystkiemu...

— A Bicetta? — zapytałem.

— Bicetta? — rzekł stary — któż by się rozeznał w tym, co ta dziewczyna wyprawia. Najpierw, gdy nalegano, by zerwała z panem, gdyż jest pan lutera­ninem, odpowiadała stale: „Przysięgłam na Boga, że będę jego żoną, i dotrzymam przysięgi, choćbym miała zginąć!” A kiedy kuzyn zjawił się przed nią, powiedziała mu zupełnie spokojnie: „Nie zadawaj so­bie trudu, Richino; gdybym nawet nie poznała Amadea, nie byłabym nigdy ciebie pokochała.” A gdy chciał ująć jej rękę, wstała z krzesła i w obecności Niny rzekła: „Przyzwoity człowiek nie wyciąga ręki po to, co należy do kogo innego. Idź, pogardzam to­bą!” Nie chce go więcej widzieć na oczy... Ale co o tym myśleć, mój miły panie, przecież nieba­wem będzie ich ślub, a Bicetta nie roni ani jednej łzy, nie prosi więcej ani ojca, ani matki, ani ko­gokolwiek bądź... Nie otrzymała ona od pana ani je­dnego listu... Co? Pan wciąż pisywał? I ona też! Sam zanosiłem listy na pocztę. Zdaje się, urzędnicy byli poinformowani, że nie wolno przeszkadzać, gdy siostrzeniec kardynała zamierza obcokrajowcowi sprząt­nąć sprzed nosa narzeczoną... Mimo to dziwię się niezmiernie, że Bicetta tak szybko się poddała. Boć przecie ani na chwilę nie mogła wątpić w wierność pana. Nina powiada, że zagrożono jej klasztorem, gdy­by sprzeciwiła się małżeństwu z kuzynem. Klasztor nie jest naprawdę odpowiednim locum dla naszej Bicetty. Ale sądzę, że lepiej pójść do klasztoru niż do­stać za męża tego zblazowanego lowelasa... Zupełnie tego wszystkiego nie rozumiem... A też i Nina nie przestaje się dziwować...

Podczas tych słów poczciwego starca siedziałem jak­by odurzony w fotelu obok kominka, właśnie tam, gdzie po raz pierwszy wyznaliśmy sobie z Bicettą mi­łość. Byłem wprost niezdolny skupić myśli; ba, nawet władza odczuwania, nienawidzenia i miłowania była jakby w tej chwili sparaliżowana. Dopiero po długim milczeniu zdobyłem się na pytanie, kiedy właściwie ma się odbyć ślub.