— Dziś po południu — rzekł starzec drżącym gło­sem.

Podskoczyłem w fotelu; bliskość strasznego tego roz­strzygnięcia podziałała na mnie jaik silny prąd ele­ktryczny.

Fabio spojrzał na mnie przerażony.

— Na miłość boską! Co pan zamierza uczynić? Nie zdaje pan sobie sprawy, jak wpływowi są ci ludzie. Gdy się pan pokaże na ulicy, kto wie, czy dożyje pan wieczora...

— Pójdę tam — rzekłem — i powiem temu drabo­wi, że o jednego z nas dwóch za dużo jest na świecie. Masz przecież jeszcze swe stare kawaleryjskie pi­stolety. Więcej mi niczego nie trzeba. Puść mnie!

— Przedtem musiałby pan mnie zastrzelić — od­parł i ujął tak silnie moje ramię, że zrozumiałem, iż po dobremu nie dam sobie z nim rady. — A zresztą... czy wie pan, co powiedziałaby na to nasza Bicetta?

— Masz rację... Tego nie wiem. Ale wiedzieć muszę! Pójdę do niej! Dostanę się, choćby wszystkie drzwi zaryglowano.

Fabio nie puszczał jednak mego ramienia. Poprowadził mnie do fotela, zmusił, bym usiadł, i rzekł:

— Pan dobrze wie, że nikt tak nie współczuje z pa­nem, signoriną i generałem jak stary Fabio. Dlatego pozwól pan, abym udzielił panu rady. Jeśli pan sobie wyobraża, że zdołasz teraz do niej dotrzeć, to my­lisz się. Ale mnie do niej dopuszczą, mnie nie ośmielą się wyrzucić, choć generałowa niezbyt mnie lubi; w najgorszym razie każę zawołać moją córkę. Proszę usiąść tu przy oknie i napisać list; o ile znam naszą Bicettę, jestem pewien, że natychmiast na ten list odpowie.

Pobiegł po papier i atrament. Byłem tak wzburzony, że nie mogłem wcale pisać; ręce mi się trzęsły; nie zdołałem ułożyć rozsądnego zdania.